Mój blog

Nazywam się Tomek Lamentowski. Mam 68 lat. Zawsze coś mnie napędzało. A to jeździć na motocyklu, a to się wspinać, a to jeździć na rowerze po górach. Nie byłem stały w tych pasjach, współistniały, przeplatały się, więc nie osiągnąłem mistrzostwa w żadnej, z niektórych zrezygnowałem. Ale wszystkie razem dawały mi i dają nadal bardzo dużo fajnych przeżyć i radości. Z niektórych przygód zachowały się zapiski, które chcę Wam udostępnić, kolejne zapiski powstaną z kolejnych projektów, jeśli uda się je zrealizować. A wierzcie, mam tego w głowie mnóstwo. Podchodzę do tego bez napinki. Jeżeli nie wypali jakiś plan w przyszłym roku, to wypali za dwa lata. Jeżeli nie uda się wyjechać we wtorek, to wyjadę w środę, jeżeli nie uda się wrócić na czas, to wrócę później. Generalnie luz.

Mojego bloga i domenę postanowiłem nazwać „go-tl.pl”. „Go” jest moim wewnętrznym dopingiem: „możesz jeszcze trochę dalej, trochę wyżej, trochę szybciej” i odnosi się do wszystkich form aktywności, niezależnie czy jadę na rowerze, czy idę w góry, czy startuję w mizernym samochodziku w zawodach dla staruszków. I, mam nadzieję, będzie znaczyć to samo za 20 lat. Odniesieniem jest zawsze mój poziom z wczoraj. Rywalizacja z innymi właściwie nie ma miejsca, choć czasem fajnie jest zmierzyć się pod górkę z młodszym rowerzystą, czy wygrać jakiś pucharek w zawodach samochodowych.

TL to moje inicjały. Kiedyś bardzo lubiłem podpisywać pocztę takim skrótem. Zaczęli go używać moi koledzy: zadzwoń do „teela”, przyszedł „teel”, i tak zostało.

Pireneje 2007

Zaczynam bloga od największej mojej przygody rowerowej, przejazdu przez Pireneje od Atlantyku do Morza Śródziemnego, który miał miejsce w 2007 roku. Prowadziłem wtedy dziennik podróży i zachowała się obszerna dokumentacja. Parę osób to przeczytało i podobało im się. Mam nadzieję, że spodoba się następnym czytelnikom. Ponieważ opisuję i będę opisywał różne aktywności, postaram się tak to robić, żeby dołączyć sporo informacji praktycznych, które pomogą w powtórzeniu takiej przygody. Sam tego oczekuję od innych ale naoglądałem się na Youtube filmików z różnych przejść czy przejazdów, gdzie właściwie nie wiadomo gdzie jest autor, przez co przechodzi lub przejeżdża.

Każdy etap przygody pirenejskiej opatrzę aktualnym wstępem, bo trochę czasu minęło, dołączę zachowane zdjęcia i kilka pomocnych linków.

Ekspedycja przed startem 17.06.2007

Przez lata czytałem niemiecki magazyn dla kolarzy szosowych TOUR. Na końcu każdego numeru była część turystyczna w postaci trzech lub czterech artykułów-reportaży. Jeden o wycieczce lokalnej gdzieś w Niemczech, drugi o dalszej podróży, trzeci – egzotyka: Namibia, Nowa Zelandia, Ameryka. W 2006 przeczytałem o Pirenejach i zaskoczyłem. Mój syn Leszek jeździł na rowerze począwszy od skakania na bmx-ie przez palety na podwórku, przez wspólne wypady na rowerach górskich, obozy rowerowe, do wyjazdów z rowerami i grupą przyjaciół w Beskidy. Ustaliliśmy termin tak, żeby skończyć jazdę z początkiem lipca, bo w czerwcu ceny noclegów były o połowę niższe. W ramach przygotowań mnie udało się przejechać ok. 1500 km, Leszek zrobił raptem 500 km, ale jego 55 kg, 180 cm i 18 lat i tak dało przewagę na podjazdach, które każdy z nas pokonywał swoim tempem. Na środek transportu wybraliśmy Toyotę Corollę Basi, mojej żony, ze względu na trzeciego uczestnika wyjazdu, mojego tatę, który miał być użytkownikiem tego samochodu i, jako support, wieźć nasze bagaże do punktów etapowych. Tata nie lubił dużych samochodów, zawsze jeździł czymś małym i poręcznym. Mimo swoich 80 lat był w doskonałej formie fizycznej. Niestety, dopiero w trakcie tego wyjazdu dowiedziałem się, że właściwie nie widzi na jedno oko, co nie ułatwiało poruszania się w obcym kraju bez żadnej nawigacji. Warto czasem zainteresować się zdrowiem rodziców, mimo zapewnień, że wszystko jest w porządku.

Punkt startu w Biarritz był dla mnie ważny, bo kilka lat wcześniej byłem tam parokrotnie zawodowo i w dziesięć lat po transformacji to miejsce było dla mnie synonimem zachodniego, niedoścignionego luksusu i tradycji. Udało mi się wtedy nawet spędzić dwie noce w Hotel du Palais, i o ile w stosunku do Biarritz z dziesiejszej perspektywy pewnie nie pisał bym peanów, bo wiele miejsc w Polsce zyskało porównywalny blask, to standard Hotelu du Palais, jego mury i wnętrza, niewidzialna obsługa, sposób podawania dań w restauracji jest nieporównywalne z niczym, czego doswiadczyłem później w innych miejscach. Biarritz jest najważniejszym miastem francuskiej części Kraju Basków, części znacznie mniejszej i biedniejszej niż hiszpańska, ale język i zwyczaje są obecne na każdym kroku. Kraj Basków zasługuje na osobną podróż.

W czasie podróży nawigowaliśmy na specjalnie przygotowanych mapach. Za podstawę posłużyły mapy Michelina w skali 1:200000 z serii żółtej turystycznej, nr-y 234 i 235. Potrzebne fragmenty map zostały skserowane na kolorowej kopiarce w skali 2:1. Na takie mapy naniosłem trasę i punkty etapowe. Jedną kopię wieźliśmy z Leszkiem na rowerach, drugą miał ze sobą mój tata. Łączność zapewniały telefony komórkowe, ale szybko się okazało, że tata nie miał roamingu i musieliśmy mu oddać jeden z naszych telefonów. Zdarzały się sytuacje, że jeden telefon mógł nam nie wystarczyć w trudnych chwilach, ale o tym w dzienniku.

Biarritz Hotel du Palais – symbol miasta i luksusu

Dziennik 19.06

Prolog

Wynosimy się z hoteliku  w Bidart, małej miejscowości 5 km od Biarritz nad Zatoką Biskajską. Dojechaliśmy tu wczoraj wieczorem po dwóch dniach podróży samochodem z Polski. 20 km na południe od nas zaczynają się Pireneje. Jesteśmy tu żeby przejechać te olbrzymie góry trasą opisaną przez niemieckiego dziennikarza Kurta Tucholskiego w latach 20-ch XX wieku. To podróż przez 28 – 30 przełęczy (zależnie od dokładnego przebiegu trasy) na dystansie ok. 800 km, z sumą podjazdów 18 000 m. Przebieg trasy przypomniał niemiecki magazyn kolarski „Tour” w numerze 5 z 2006 roku. Od czasu podróży Kurta Tucholskiego drogi przez pirenejskie przełęcze stały się kolarskimi „klasykami”. Tour de France przebiega co roku po niektórych odcinkach. Miejscowość Bagneres-de-Luchon w połowie trasy już 50 razy była miastem etapowym Tour-u.

Skład naszej wyprawy jest trzyosobowy: ojciec (55) czyli ja, czasem zwany „Siwym”, mój syn Leszek (18) i mój ojciec (80) czyli dziadek. Leszek i ja będziemy jechać na rowerach kolarskich wyposażonych w górskie przełożenia (dla wtajemniczonych 50/34 z przodu i do 28 ząbków z tyłu u mnie i 26 u Leszka).

Dziadek jako kierowca wspierający będzie jechał naszą trasą lub obok z rzeczami i organizował noclegi. Jako poliglota znający kilka języków na pewno da sobie radę

 Jedziemy na camping, który był poprzedniego dnia niedostępny z powodu zamkniętej recepcji. Residence des Pins ma bungalowy, ale nie wynajmują ich na jedną noc. Najmniej na dwie, ale co z tego, jeśli recepcja idzie do domu o 20-tej. Ubolewamy, ale kierują nas na inny camping (kolejne 4 gwiazdki campingowe). Sunelia Berrua wynajmuje domek (4-6 osób). Domek ma nazwę mobilhome i w istocie okazuje się domkiem campingowym na kołach. Czyli ma status przyczepy, której nie da się ciągnąć po drodze, ale można przemieścić po campingu. Pachnie to jakimś obejściem przepisów budowlanych. Dwie sypialnie, toaleta, prysznic i kuchnia wyposażona w lodówkę, zlewozmywak, kuchenkę gazową i mikrofalową. Do tego komplet garnków, talerzy, sztućców, ekspres do kawy i dużo innych drobiazgów.

Składamy rowery i wypakowujemy samochód, jemy małe „co nieco” i wyjeżdżamy samochodem na wycieczkę po okolicy. Dziadek wsiada pod „Lidlem” za stery Toyoty, żeby przyzwyczaić się do roli kierowcy wspierającego. Przeżywamy chwile grozy, ale pozostaje nam nadzieja, że będzie lepiej. Jedziemy najpierw do St. Jean de Luz. Zatrzymujemy się na bulwarze i schodzimy na plażę pomoczyć nogi w oceanie. Woda jest ciepła, nie ma fali, sporo osób się kąpie. Wygląda na to, że to pora wczesnego przypływu. Maszerujemy plażą ok. kilometr, aby wejść w stare miasto i podziwiać port, rynek, platany, kolorowe parasole i stoliki licznych restauracyjek i kawiarni. Dużo sklepów z pamiątkami dla turystów. Motywy baskijskie eksploatowane są do bólu. Flagi, berety, elementy strojów, do tego specjały kuchni.

St. Jean de Luz to prawdziwy port baskijski. Baskijscy żeglarze wypływali stąd na ryby, na wielkie wyprawy odkrywcze (też przyznają się do Ameryki), a nawet polowali na wieloryby. Społeczeństwo opierało się na matriarchacie. Widać to doskonale w kościele St. Jean Baptiste, gdzie ławki przeznaczone były dla kobiet, głów rodzin, a trzy poziomy galerii obiegających świątynię przeznaczone były dla mężczyzn. W sytuacji, gdy życie mężczyzn było narażone na niebezpieczeństwo, taki układ społeczny był uzasadniony. Ciekawostka architektoniczna St. Jean de Luz to wał kamienny odgradzający domy stojące wzdłuż plaży od oceanu, na kształt murów obronnych.

Z St. Jean de Luz jedziemy drogą nadmorską do Biarritz. Biarritz to uzdrowisko powstałe w XIX i XX wieku na przedmieściach miasta Bayonne. Dzisiaj te aglomeracje to właściwie „Trójmiasto”: Biarritz-Bayonne-Anglet. Zwiedzamy je z samochodu. Ruch bardzo duży, w końcu to późne popołudnie powszedniego dnia. Zatrzymujemy się tylko, żeby z bliska obejrzeć wyjątkowej klasy Hotel du Palais, który zaczął swój żywot jako pałac wybudowany przez Napoleona III dla ukochanej żony Eugenii. Dzisiaj ten hotel należy do grupy najbardziej ekskluzywnych na świecie, klasy paryskiego Ritza.

Wyglądamy na Grand Plage, która jest na wszystkich widokówkach z Biarritz, z budynkiem kasyna na jednym końcu i Hotelem du Palais na drugim. Powyżej rozciąga się pas budynków XX wiecznych, które łamią charakter tego miejsca. Jest ładnie, elegancko, ale nie ma takiego wyrazu jak St. Jean de Luz.

Trochę klucząc trafiamy w końcu na nasz camping, skąd o 18:50 wyjeżdżamy na pierwszy trening przed jutrzejszym etapem. Przejeżdżamy początkowe kilkanaście kilometrów trasy, która biegnie ciągle albo stromo w górę, albo na dół. Po powrocie okazuje się, że pokonaliśmy 340 metrów przewyższenia, przejeżdżając zaledwie 22 kilometry w ciągu godziny. Jemy obfita kolację – dwie pizze, sajgonki i wiele innych rzeczy.

https://www.saint-jean-de-luz.com/en/