Wstęp do etapu IX napisany 3 października 2021 roku

Pora doprowadzić do końca naszą podróż przez Pireneje. Patrząc dzisiaj na statystykę tego etapu jestem pod wrażeniem formy, do jakiej doszliśmy w trakcie tej eskapady. To do dzisiaj najcięższy etap, jaki przejechałem. Kilkakrotnie przejechałem dłuższe dystanse jeżdżąc z domu na Górę Kamieńsk (180 w obie strony), ale połączenie dystansu 160 km z sumą podjazdów ponad 2500 m było dużym wyzwaniem. Napędzało nas to, że kończymy tę podróż tego dnia i że per saldo będzie z górki, bo przecież zjeżdżamy z gór nad morze. Rzeczywiście tak było. Z tego etapu zapamiętałem szczególnie trzy momenty. Nie potrafię dokładnie zlokalizować miejsca, ale gdzieś na początku etapu dotarła do mnie zmiana naszego otoczenia. Było bardzo ciepło, pachniał nagrzany słoncem piasek wydmowych poboczy, zmieniła się roślinność. Uświadomiłem sobie, że opuściliśmy chłodne i wilgotne góry i zbliżamy się do Morza Śródziemnego. Drugi obrazek to lunch na tarasie restauracji w Mijonas. Mamy za sobą trudny zjazd z przełęczy Pailheres na 2000 m. Siedząc nad misami sałaty przyglądamy się dalszej trasie w terenie, bo na mapie wygląda prosto a w rzeczywistości nie. Będziemy musieli przekroczyć wysoki garb pomiędzy dolinami przez maleńką wioskę Le Puch (37 mieszkańców w roku 2010). Krajobraz wygląda jak olbrzymia makieta. U zbiegu dolin widoczne są ruiny zamku strzegącego niegdyś tych szlaków. Dzisiaj wiem, że to zamek d’Usson, jedna z twierdz Katarów, którzy osiedlili się w południowo wschodniej Francji w XI i XII wieku. Katarzy byli chrześcijańską sektą o bardzo surowej regule, co nie przeszkadzało im w budowaniu potężnych obronnych twierdz, żeby zapanować nad terytorium. Nie podobało się to królom Francji i kościołowi, który uznał ich za heretyków. W XIII wieku wydano Katarom wojnę. Twierdza Usson była położona na rubieżach katarskiego terytorium i wspomagała zapasami i bronią zamek Montsegur gdzie toczyły się główne walki. Ostatecznie krwawo rozprawiono się z Katarami. 15 marca 1244 roku w twierdzy Montsegur spalono 225 „Doskonałych”, bo tak siebie nazywali. Czterem „Doskonałym” udało się zbiec do zamku d’Usson dokąd wcześniej ewakuowano skarb Katarów. Po skarbie ślad zaginął ale legendy krążą do dzisiaj. Katarzy wciąż budzą zainteresowanie, bo ich zamki nadal istnieją i są ważną atrakcją turystyczną południowej Francji.

Chateau d’Usson zdjęcie Henri Gaud

Trzeci moment, który utkwił mi w pamięci, to ostatni odpoczynek przed Perpignan. Jechaliśmy inną trasą, niż redaktorzy Touru po śladach Kurta Tucholskiego z jego podróży w latach 20 XX wieku. Odjechaliśmy z tej trasy za Prades. Zmiana wynikała z tego, że w miejscowości Torreiles Plage był camping sieci Sunelia Berua, od której zaczęliśmy podróż w Biarritz. Dziadek już tam był i rezerwował bungalow. Trasa Touru omijała Perpignan i prowadziła do miejscowości St. Cyprien Plage, bardziej na południe. Podczas tego ostatniego odpoczynku byłem już potężnie zmęczony, Leszek pewnie też. Na szczęście ostatnie 35 kilometrów to płaskie drogi. Za Perpignan przepiękne, obsadzone platanami przy samej linii asfaltu. Być może platany były tam wcześniej niż asfalt. Budowniczowie nie przewidzieli, że korzenie tych drzew znajdą sobie miejsce pod asfaltem i będą go wypychać do góry, co skutkowało nierównościami, ale nie przejmowaliśmy się nimi, bo szczęśliwie kończyliśmy przygodę życia.

Następnego dnia upajaliśmy się lenistwem nad Morzem Śródziemnym a pierwszego czerwca wyruszyliśmy w drogę powrotną. Trasę poprowadziłem przez Prowansję, żeby zobaczyć z bliska legendarną „kolarską” górę, Mont Ventoux zwaną „Białym Olbrzymem”. A to już temat na następne opowiadanie.

Wreszcie nad morzem
Reszta zespołu moczy nogi

Etap IX zapisany 29.06.2007

Ax-les-Thermes – Morze Śródziemne

Pomimo wstania o 6:15 udaje nam się wyjechać dopiero przed 9-tą. Tyle nam zajmują przygotowania, zrobienie kanapek, pakowanie wszystkiego do samochodu. Holenderscy motocykliści zdążyli opuścić camping przed nami, pewnie i przed otwarciem recepcji.

Przejeżdżamy przez maleńkie Ax, na ostatnim rondzie zjeżdżamy w drogę na drugą i ostatnią w naszym rajdzie przełęcz pow. 2000 m (czyli mamy 1300 m do podjechania) – Port de Pailheres (2001). Przed nami podjeżdża grupa kolarzy. Gdyby nie to, że musimy zdjąć kurtki może byśmy się podłączyli. Robi się ciepło i słoneczko zaczyna przypiekać. Pierwszy ciężki odcinek mijamy wyjeżdżając z lasu. Ogólnie nachylenie nie przekracza 7-9%. Nawet dobrze się czujemy, pomimo wczorajszego etapu, i wznosimy się równomiernie. Dolina jest cicha i im wyżej, tym piękniejsze widoki na góry. Rozkoszujemy się otoczeniem. Kiedy znów zaczyna się stromo robimy krótkie przerwy co 100 m zdobytej wysokości. Na bardzo nieprzyjemnej stromiźnie 11-12% mijamy stację narciarską Ascon Pailheres. To właściwie jeden duży budynek po prawej stronie w rozszerzeniu doliny. Widać dolną stację wyciągu. Przed nami seria serpentyn wyprowadzających prawie na przełęcz.

Tak podjeżdżaliśmy ostatni raz na 2000 m npm

Serpentyny się kończą i znów proste odcinki do góry o stromiźnie, na którą lepiej nie patrzeć. Widzę z daleka jednego rowerzystę „dającego z kapcia”, drugiego trochę wyżej jeżdżącego zakosami od krawędzi do krawędzi. Tempo zdobywania wysokości obydwaj mają podobne. Przejeżdżamy obok nich mając w zapasie jeszcze jedno kółko z tyłu, ale daje nam to w kość. Na łące wyglądającej na przełęcz zatrzymujemy się na popas. Jest piękne słońce, wieje delikatny wiatr. Na łące są głazy, na których można usiąść. Problem wszystkich odpoczynków jest taki, że raczej nie można siadać na ziemi lub trawie, bo wszędzie jest bardzo mokro, a podłoże jest gliniaste. Ciepły kamień jest bezcenny w miejscu popasu. Jedząc patrzymy na dalszy przebieg drogi, jednak trzeba podjechać 50 m do góry. Z daleka widać duże stado koni.

Rdzenni mieszkańcy Pirenejów, dzikie konie

Najedzeni wsiadamy na rowery i podjeżdżamy na właściwą przełęcz. Na przełęczy mniej więcej równa liczba kolarzy i koni. Konie nie pozwalają nam przejechać. Stadko dwóch klaczy i dwóch źrebiąt nie może się zdecydować na przejście przez szosę i zamierają na środku. Wyjmuję aparat i koniki robią krok do przodu, jakby pozując do zdjęcia. Potem zaczynają się nami interesować podchodząc aż na odległość poklepania po pysku. W końcu odsuwam ostatniego źrebaka i przedostajemy się pod domek i tabliczkę z nazwą przełęczy.

Po naszej stronie grupa sympatycznych kolarzy, okazuje się z rajdu Hendaye-Cerbere. To starsi ludzie, jest nawet pani wyraźnie po 60-ce. Gadamy z nią po angielsku. To prawdopodobnie Holendrzy. Dojeżdżają do morza w sobotę czyli jutro. Nasz plan jest bardziej ambitny – będziemy nad morzem już dzisiaj. Po drugiej stronie drogi widać przebierających się ludzi z jakiejś grupy kolarskiej. Według mnie to amatorska grupa – jakieś towarzystwo cyklistów, ale ładnie poubierani w takie same stroje.

Zaczynamy zjazd z Pailheres. Takiego jeszcze nie było. To jakieś szaleństwo. Jak patrzymy w dół to droga jest wszędzie: pod nami, trochę z lewej, trochę z prawej. Wygląda jakby w dół prowadziła pokrzywiona rura i na jej ściankach poprowadzono drogę. Doganiamy starszą parę z rajdu Hendaye-Cerbere. Widać, że to rowerzyści starej daty – zjeżdżają bez kasków, a nie są dużo wolniejsi od nas. Doganiamy campera, który zjeżdża na pobocze, żeby nas przepuścić. Za chwilę z przeciwka auto z przyczepą campingową. Ten nie zjeżdża na bok. Zostaje mi 20 cm asfaltu. Na wypadek otarcia się o samochód wypinam nogę z pedału. „Hardcore!” woła Leszek z tyłu. Tak zjeżdżamy do miejscowości Mijonas u podnóża podjazdu.

Zdjęcie słabo oddaje charakter zjazdu z Pailherres

Dzisiaj zmieniliśmy taktykę. Lokujemy się w barze i zamawiamy dwie sałatki na południowy posiłek, do tego bagietka i woda.

Jesteśmy w miejscu dość zawikłanym topograficznie. Do rozpoczęcia następnego podjazdu musimy albo zjechać jedną doliną, po czym, jak po drugiej nodze litery V podjechać drugą, albo, trzymając się wyższego poziomu, przeciąć garb między tymi dolinami. Najpierw decyduję się zjeżdżać. Kiedy widok na okolicę otwiera się jak na mapie plastycznej i widać, jak nisko trzeba zjechać, decyduję się wrócić do góry. Ta zmiana kosztuje nas ponad 100 m dodatkowego podjazdu. Z góry widzimy u zbiegu dolin na zalesionym wzgórzu ruiny zamku. Nasza dróżka (wąska i nieuczęszczana) wiedzie przez miejscowość Le Puch. Podjazd jest bardzo ostry (12%) i wcale nie jest krótki. Postanawiamy dołączyć Le Puch do listy przełęczy. Zupełnie dziką i nieuczęszczaną drogą w lesie zjeżdżamy w bardzo głęboką dolinę. Ręce bolą od trzymania rowerów, cały czas na hamulcach. Droga jest tak stroma i wąska, że o odpuszczaniu nie ma mowy. Wreszcie dojeżdżamy do głównej drogi, którą na ostatnim odcinku widzimy z wysokości 50 m tuż pod nami. Główną drogą jedziemy ok. 2 km w górę doliny, żeby w końcu skręcić w lewo, w kierunku Col de Garavel (1256). Po drodze przełęcz Col de Moulis (1099).

Na Col de Moulis

Dogania nas jeden z „rajdowców” Hendaye-Cerbere. Facet ciągnie pod górę jak maszyna. Na przełęczy on czeka na kolegę, my jedziemy w kierunku Col de Garavel. Dzisiejszy etap jest przepiękny widokowo. Za kila minut jesteśmy na zboczach powyżej Col de Moulin. Na Col du Garavel tylko zdjęcie i w dół.

Czwarta z pięciu przełęczy na dzisiejszym etapie

Za niewielkim rozjazdem na wysokości ok. 800 m robimy duży odpoczynek. Jemy kanapki, croissanty i carbosnacki. Czeka nas 700 m do góry na Col de Jau (1506). Droga wygląda na kompletnie nieuczęszczaną. Siedzimy dobre 20 minut i przejeżdżają 3 samochody do góry i 3 na dół. Podjazd jest długi, ale nie przesadnie męczący. Cały czas jest równe 7-8%. Co 100 m przewyższenia robimy krótkie odpoczynki. Zaczyna niepokoić pogoda. Słońce zniknęło dość dawno, chmury gęstnieją. Na 300 m przed szczytem spadają pierwsze krople. Na szczęście pogoda wytrzymuje. Na przełęczy w ramach gratulacji pokrzyczeliśmy na siebie. Ja dzwonię do Basi. Skończyliśmy góry!!!. Już tylko zjazd do morza.

Ostatnia przełęcz na trasie. Teraz już zjazd do morza na poziom „zero”

Dojeżdża nasz znajomy „rajdowiec” i grupa „starych mistrzów”. Mają między 65 a 75 lat. To nastraja mnie optymistycznie. Zjeżdżamy w kierunku miejscowości Prades. Na kurtce czuję uderzenia kropel deszczu. Zjazd prowadzi po półce skalnej. Dojeżdżamy do miejscowości Molitg-les-Bains. To małe uzdrowisko zawieszone na zboczu, jakby w powietrzu. Droga objeżdża je od góry. W murku odgradzającym od zbocza (przepaści) wmurowano piękne bramy, które wydaje się, że prowadzą w próżnię. Do tego jeszcze na skale na środku kanionu stoi zamek.

Hotele i sanatoria przyklejone do zbocza w Moltig-les-Bains (zdjęcie z Internetu)

Widzimy już dolinę, w której leży Prades. To spore miasto, duży ruch. Włączamy się w drogę z Andorry do Perpignan.

Musimy dojechać do miejscowości Torreilles-Plage, gdzie dziadek zarezerwował camping z grupy Sunellia. Zmiana o tyle niemiła, że musimy przebić się przez Perpignan, a to duże miasto.

W strasznym ruchu samochodów kręcimy 15 km do Ille S/Tet gdzie zjeżdżamy na boczną drogę, bo do Perpignan zaczyna się autostrada.

Robimy ostatni odpoczynek. Jemy żelazne racje żywności. Jest dobrze po 18-tej. Szosa jest ciekawa, prowadzi przez małe miasteczka, kolorowe, pięknie ukwiecone. W Perpignan mamy kłopoty. Pakujemy się w drogę szybkiego ruchu, z której uciekamy, krążymy po śródmieściu, wreszcie znajdujemy wylot i przez miasteczko Bougles i Torreilles dojeżdżamy do Torreilles-Plage.

Na campingu La Tropique znajdujemy domek i dziadka. Jest 20.30 – 11 godzin 30 minut jazdy za nami. Koniec wielkiej przygody.

Koniec wielkiej przygody

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *