Wstęp do etapu IV napisany 7 września 2020

Wreszcie mam dobry timing. Wczorajszy etap Tour de France spotkał się z trasą naszego etapu IV, o czym przeczytacie w kolejnej relacji. Przed podjazdem na pierwszą przełęcz zatrzymała nas blokada drogi z powodu przejazdu kolarzy. Obserwacja prawdziwego zachodniego maratonu dla amatorów była absolutnie niezwykła. Tysiące kolarzy rozciągnietych na długość godziny, bo tylko tak można to było zmierzyć, wreszcie możliwość jazdy wśród nich tak, jakbyśmy w tym uczestniczyli – niesamowite. Do dzisiaj pamiętam to czekanie na blokadzie. Najpierw ciekawość, potem zniecierpliwienie, potem nuda, potem odjechałem w boczną żwirową drogę za potrzebą i złapałem gumę, potem wymieniłem dętkę a oni jechali i jechali bez końca, grupa za grupą. Pamiętam też doskonale żandarma, który nas w końcu puścił. Olbrzym w granatowym mundurze i butach oficerkach. Samym wyglądem budził szacunek. Miałem kiedyś inne zdarzenie z żandarmem. Z miejsca, gdzie samochody jadące Avenue de la Grande Armee wjeżdżają na Plac Charlesa de Gaulle w Paryżu, czyli na słynny Plac Gwiazdy z Łukiem Triumfalnym, chciałem zrobić zdjęcie w kierunku dzielnicy Defence i Wielkiego Łuku Trumfalnego. W tym celu postanowiłem pozostać na wąskiej wysepce rozdzielającej jezdnie podczas zielonego światła dla pojazdów a czerwonego dla pieszych. Przeszedłem na wysepkę na zielonym i poczekałem aż światło się zmieniło. W tym momencie przy mnie pojawił się żandarm, równie duży jak ten w Pirenejach. Nic nie mówiąc po prostu zasłonił mnie sobą. Był zdecydowanie bardziej widoczny dla samochodów ode mnie. Tak, po prostu, rozumiał swoją rolę w tej sytuacji. Zrobiłem zdjęcia, światło się zmieniło, żandarm bez słowa wrócił na swój posterunek przy skrzyżowaniu a ja dokończyłem przechodzenie.

Wracając w Pireneje – podjazd na przełęcz Col de Marie Blanque i zjazd do Laruns kończył wczoraj etap Tour’u, dla nas był początkiem trudnego dnia z mnóstwem atrakcji – maraton, jeden z najtrudniejszych podjazdów (Aubisque), zakrzywiony, ciemny tunel, stare samochody i wieczorna fiesta. O tym wszystkim w relacji z etapu IV jazdy przez Pireneje na go-tl.pl

Poranek pod Trzema Osłami

23.06

Etap IV: Issor – Argeles-Gazost

Jak zwykle usiłujemy wstać wcześnie. 7 rano w głębokiej dolinie to właściwie szarówka. Słońce pokazuje się koło 8-ej. Dzisiaj mamy nocleg ze śniadaniem, więc meldujemy się na parterze dawnej obory. Wcinamy bagietki z dżemem i croissanty i, o dziwo, jesteśmy najedzeni. Rozmawiam z właścicielem o historii tego miejsca. Okazuje się że dom mieszkalny i obora mają ponad 300 lat. (Dach obory jest pokryty kamienną dachówką, ułożoną z płaskich kawałków łupka, co doskonale widać wchodząc po zewnętrznych schodach na mieszkalne pięterko). Obecni właściciele kupili to gospodarstwo 8 lat wcześniej, kiedy jeszcze działało i wszystkie pomieszczenia spełniały swoje pierwotne funkcje. Przeprowadzili remont i przebudowę i uruchomili restaurację, która stała się znana w całej okolicy (stąd pewnie ceny) i funkcjonowała cały rok. Dwa lata wcześniej szef miał poważne kłopoty z kręgosłupem i przestali tak intensywnie pracować. Przygotowali pokoje gościnne i teraz oberża jest czynna w sezonie letnim, właściwie od Wielkanocy do września i otwiera się na dwa tygodnia w okresie Bożego Narodzenia i na kolejne dwa w sezonie narciarskim. Mieliśmy dużo szczęścia (dziadek), bo od dzisiaj do końca sierpnia wszystkie pokoje są już zarezerwowane. Po spakowaniu wszystkich rzeczy i kanapek do plecaków wyruszamy ok. 10:30. Dziadek dzisiaj decyduje się jechać naszą trasą, zresztą nie bardzo jest jak jechać inaczej.

Przejeżdżamy ok. 10 km i przed skrętem na naszą pierwszą przełęcz Col de Marie Blanque (1035 m n.p.m.) natrafiamy na blokadę ruchu. Słychać syreny karetek. Podejrzewamy wypadek. Dziadek zostaje w kolejce unieruchomionych aut a my podjeżdżamy zobaczyć co się dzieje. Droga jest zablokowana, bo od strony hiszpańskiej jadą kolarze. Jakiś wyścig? Przejeżdża grupa 100 osób, za nią następna i następna i następna. Porządkowi machają chorągiewkami, kierując ich na podjazd i pokrzykując „venga”, to muszą być Hiszpanie. Żandarmi blokujący drogę to Francuzi. Widzimy już, że to nie wyścig ale maraton. Pytam żandarma ile osób jedzie w tym maratonie. Nie mogę uwierzyć, kiedy rysuje mi liczbę zer, choć zrozumiałem francuski liczebnik. 7000 kolarzy jedzie na naszą przełęcz.

Po kolejnej półgodzinie, naprawie tylnego koła (złapałem gumę), podchodzę do szefa żandarmów i pytam po angielsku czy możemy jechać. Facet robi wymowny ruch ręką i włączamy się w końcówkę maratonu. Okazuje się ze bez większego trudu przechodzimy z Leszkiem jedną grupkę, potem następne. To już końcówka, widać, że amatorzy, choć sprzętowo dobrze przygotowani, ale dla nas jakiś sprawdzian własnej siły. Zaczyna się naprawdę stromy podjazd. Tabliczki przy drodze informują o średnim nachyleniu na najbliższym kilometrze. Mijamy kolejne z nich: 8%, 9%, 10%, 11,5%. To oznacza, że jeśli średnio ma być ponad 11%, a na pierwszych 500m jest 7% to potem może być już tylko bardziej stromo, aż do kilkunastu. Po wyjeździe na przełęcz mój licznik pokazał maksymalnie 19%. Leszek odjechał do przodu na samym początku podjazdu. Ja jadę swoim tempem, ale i tak wyprzedzam wszystkich. Dogoniło mnie tylko 2 może 3 kolarzy. Najśmieszniejszy jest fakt że ścigamy się przy prędkościach pomiędzy 5 a 7 km/h. Dużo osób zsiadło z rowerów i prowadzą je do góry. Z boku drogi samochody z hiszpańskimi kibicami, którzy głośno dopingują wszystkich. Atmosfera wielkiej imprezy. Bokiem przemykają porządkowi na motocyklach i quadach. Dziadek wbił się też jakoś w kolumnę maratonu i przejeżdża obok.

Uczestnicy maratonu zaczynają podjazd na Col de Marie Blanque
Profil podjazdu na Col de Marie Blanque

Mija mnie karetka, z której lekarz czujnym okiem przygląda się każdemu kolarzowi. To bardzo dobry pomysł, bo niektórzy robią wrażenie półprzytomnych nawet znacznie później, już na zjeździe. Wreszcie końcówka, podjazd jak po drabinie, ale zrzucam na mniejsze kółko i mijam ostatnich czterech kolarzy. Do ludzi, którzy biją brawo na przełęczy wołam po angielsku ze jestem turystą z Polski i nie jadę w wyścigu.

Choć to niewiele ponad 1000 metrów n.p.m. jest pochmurno i wieje silny wiatr. Zimno, ubieramy się do zjazdu w kurtki.

Na przełęczy pozostawiamy dużo samochodów powiązanych z maratonem. Zaczynamy zjazd nie czekając na dziadka, Telefony w tych górach nie działają. Po 200m obniżenia wjeżdżamy na płaski teren. To płaskowyż Plateau Banou. Przejeżdżamy po płytach pod którymi chyba są czytniki chipów, które maratończycy wiozą na swoich rowerach. Potem jest dla nich pewnie dojazdówka, bez pomiaru czasu. Za tą prowizoryczną metą liczne namioty serwisowe firm rowerowych, autokary, ale widać już też porządkowych sprzątających gigantyczny bałagan po 7000 rowerzystów i kilku setkach osób związanych. Przypominam sobie, że na końcu podjazdu pod przełęcz spotkałem brygadę z kubełkami na śmieci zbierającą każdy papierek wyrzucony przez kolarzy. Po drodze widziałem bidony, szkiełka od okularów, odblaski, rękawiczki, a na zjeździe, w szybkim miejscu czapeczkę – widocznie komuś zwiało. Nasze kaski trzymają się mocno. Suniemy po pięknych łukach i serpentynach na dno doliny. Dojeżdżamy do miejscowości Bielle, gdzie mamy skręcić w prawo na główną drogę. Na skrzyżowaniu porządkowi usiłują skierować nas w lewo jak maratończyków, my jednak zjeżdżamy w prawo i zatrzymujemy się. Kiedy usiłujemy dodzwonić się do dziadka, toyota ukazuje się spomiędzy domów, 300 metrów przed nami. Telefon wreszcie działa, dziadek zatrzymuje się. Okazuje się że samochody żandarmi kierowali skrótem przez miasteczko, aby nie mieszały się z kolarzami. Ruszamy w stronę Laruns, aby po chwili odkryć, że zbliżamy się do ronda, łączącego naszą szosę z obwodnicą miasteczka, na której maratończycy też jadą w naszą stronę, w kierunku Hiszpanii. Dajemy się dogonić małej grupie, którą prowadzi silnie wyglądający mężczyzna wiozący „na kole” kobietę w takiej samej koszulce. Widać walczą w klasyfikacji par. Za nimi młody chłopak, bardzo szczupły, na Bianchi, który ma wyraźne trudności z utrzymaniem koła. Po którymś odpadnięciu wyprzedzam go i podłączam się do pary. Dojeżdżamy do Laruns. Za miasteczkiem, które znów przejeżdżamy w tłumie kolarzy znajdujemy miejsce na dłuższy odpoczynek. Dziadek dojeżdża. Dopakowujemy do plecaków ciepłe rzeczy, bo będziemy wjeżdżać na Col d’Aubisque (1709 m n.p.m.) Odkrywamy znany już widok, dolina kończy się wiele kilometrów przed nami, może 10 w linii prostej, zboczami gór na których widać białe plamy budynków, bardzo wysoko, prawie na styku z linią chmur. To stacja narciarska Gourette równo 1000 m nad nami. Droga to początkowo 4-5%, ale po paru kilometrach żarty sie kończą i zaczyna się regularne 7-9%. W jednym miejscu znak pokazuje 13%. Mój komputerek na paru metrach osiąga nawet 16%. Trudy podjazdu na Col Marie Blanque dają się odczuć. Czas ma inny wymiar, zdaje się że podjazd trwa krótko, ale dystans pokonywany 8-9 km/h wolno się kurczy. Potem okaże się że na samą Col d’Aubisque podjeżdżamy ponad 2 godziny od rozstania z dziadkiem a to tylko 18 km. Nic dziwnego, że zwycięzca etapu na Col d’Aubisque, kiedy w latach 20 tych XX wieku pierwszy raz poprowadzono tamtędy trasę Tour de France, na mecie zwymyślał organizatorów od morderców.

Profil podjazdu na Aubisque

Przed stacją Gourette mija mnie Toyota. Dziadek przejeżdża nie widząc też Leszka, czekającego na mnie na wjeździe, a po chwili widzimy go znikającego w drzwiach pizzeri otwartej, pomimo że stacja wygląda na wymarłą. Wyjeżdżamy dalej na zbocze góry ponad stacją i pokonujemy ostatnie 3 kilometry. Zbocze zabezpieczone jest drewnianymi konstrukcjami, które mają chronić drogę przed lawinami. Krótko przed przełęczą pakujemy się w chmurę. Na górze jest niewielki parking i bar w rozpadającym się budynku. Pijemy gorącą herbatę, ubieramy się w ciepłe ciuchy i kurtki. Zagaduje nas czwórka angielskich motocyklistów, jeden z nich chce nam zrobić zdjęcie. Częstują nas też sękaczem, który kobieta wypieka nad rusztem przed barem. Jest pyszny. Spod baru widzimy dziadka w Toyocie, który wreszcie nas mija i jedzie szukać noclegu. Trochę się denerwujemy, bo jest sobota i może nie być wielu wolnych miejsc.

Trochę pokrzepieni zaczynamy zjazd. Po paru minutach wyjeżdżamy z mgły i widok odejmuje nam mowę. Jedziemy po ścianie gigantycznego kotła, po autentycznej półce skalnej. To już nie groźnie wyglądające zbocze, ale autentyczna pionowa ściana. Przepaść mamy po lewej stronie, od krawędzi drogi oddziela ją murek wysokości 20 cm.

Droga między Aubisque a Col du Soulor (zdjęcie z Internetu)

Nasza droga przestaje opadać, widać jak po przeciwnej stronie kotła podnosi się na ostatnią dzisiaj przełęcz, Col du Soulor (1474 m n.p.m.). Wjeżdżamy w tunel, a tam niespodzianka –  tunel nie biegnie po prostej tylko po łuku. Jest moment, kiedy tracimy światło z tyłu, i na szczęście wtedy widać już wylot. Nie widziałem nic w okularach przezroczystych, Leszek jeszcze mniej w ciemnych. Oczywiście nie mamy żadnych świateł. Dobrze, że nic nie jechało. Na przełęczy Col du Soulor trafiamy na rajd samochodów historycznych. Stoi tam już ok. 25 aut. Jest Jaguar E-Type, Jaguar 3,8l, są Triumphy, Alfa Romeo, sportowy Fiat z lat 60-tych, bardzo rzadki Panhard, ale i Renault 8 Gordini. Jest też kilka aut z lat 20-tych i 30-tych. Oglądamy, robimy zdjęcia i jedziemy w dół.

Na końcu zjazdu, w miasteczku Arrau zatrzymujemy się aby się rozebrać. Zaczyna mijać nas kolumna historycznego rajdu. Telefon od dziadka – jest hotel w Argeles-Gazost, niestety nie ma campingu. Ostatnie kilometry pokonujemy między starymi autami, które doganiamy w miasteczkach. Na balkonach i tarasach przy drodze mnóstwo ludzi pozdrawiających rajd, nas i pewnie wszystko co przejeżdża. Słychać muzykę. Atmosfera święta. W końcu to sobotni wieczór. Dojeżdżamy na miejsce. Pokój w hotelu Printania za 50 euro za dobę. Nie jest źle. Jemy gorące kubki, dobijamy kolacją. Pławimy się w wannie z gorącą wodą.

Mapka dzisiejszego etapu, żółtym markerem zaznaczone ważne miejsca

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *