Wprowadzenie do III etapu (napisane 26.08.2020)

Trzeci etap naszej przygody, długi i pełen wrażeń, wrył mi się mocno w pamięć. Sielankowy poranek w hoteliku w Larrau, zimno na przełęczy Port de Larrau, przejazd przez tunel – „lodówkę”, odpoczynek na gorącym asfalcie pięknej, ale kompletnie nieuczęszczanej hiszpańskiej drogi „do nikąd” bo w wysokie góry, gdzie wygrzewalismy się jak jaszczurki, finałowy podjazd w coraz bardziej złowrogim otoczeniu i warunkach, wreszcie zjazd we mgle i deszczu do Arette, a potem do Issor. Opis tego dnia daje powód do kilku dygresji. Po pierwsze rozprawia się ze stereotypem, który miałem w głowie szykując się do wyjazdu. Jeżeli w czerwcu jadę na południe Europy, to będzie ciepło. To prawda ale nie w wielkich górach. Surowy klimat trzyma tam do głębokiego lata. Niska temperatura, mgła i deszcz nie tylko tego dnia dały nam się we znaki. Druga dygresja to rejon. Gouffre de Pierre St. Martin to najgłębszy system jaskiniowy na świecie. Można powiedzieć, że jechaliśmy nad nim, bo ukryty jest w gigantycznych zboczach gór tamtego rejonu. Różnica wysokości między najwyższym i najniższym punktem wynosi 1410 m a długość korytarzy to ponad 80 km. Jest tam potężna podziemna rzeka i druga co do wielkości sala podziemna La Verna. Ma 194 m wysokości, 250 długości i powierzchnię 5 ha. Obecnie jest udostępniona do zwiedzania (zrobiono dogodny dostęp), a na zboczach Pierre Saint Martin funkcjonuje zimą ośrodek narciarski. O jaskini wiedziałem od bardzo dawna, ale to już trzecia dygresja. Wyrosłem na książkach podróżniczych. Pochłaniałem opowieści o zmaganiach ludzi z naturą i swoimi słabościami. Fascynowali mnie podróżnicy, zdobywcy, odkrywcy. Na dodatek autorzy, w tym polscy, umieli ciekawie pisać o swoich przygodach. Kto dziś pamięta Ostrowskiego, Fiedlera, Centkiewiczów. Seria wydawnicza Naokoło Świata „Iskier” dostarczała pełen repertuar: kajakiem przez oceany, psimi zaprzęgami na biegun, jachtem dookoła świata, wspinanie we wszystkich górach, wreszcie eksploracja jaskiń. Na czele listy jaskiniowej „W Jaskinach Pierre Saint Martin” Harouna Tazzieffa. Wydane w 1956. My też mieliśmy w tamtych czasach świetnych alpinistów, himalaistów i eksploratorów jaskiń. Jednym z nich, doskonale piszącym, był Maciej Kuczyński. Odszedł prawie równo rok temu. Leży przede mną jego książka „Do widzenia słońce”. Warto przypomnieć tę postać. Kto dzisiaj ma inspirować młodych, żeby oderwali nos od telefonu, trochę się zmęczyli dla swojego zdrowia, i coś ważnego przeżyli sami? Nie widzę, ale to już temat na inny tekst. Zapraszam na trzeci etap Pirenejów 2007 na go-tl.pl

22.06.

Etap III: Larrau – Issor

Poranek w Larrau – nasz idylliczny hotelik

Stary hotelik, w którym spaliśmy, mieścił w sobie restauracyjkę i sklepik spożywczy, gdzie rano kupuję wodę do bidonów. Właścicielka z robotnikiem odnawiali kolejne pokoje. Dali nam zajrzeć. Efekt połączenia antyku z nowoczesnością w łazience – doskonały. Rowery parkowały w budynku naprzeciw hotelu. Był tam skład starych mebli: szaf, stołów i stolików, nawet ławek ogrodowych, które po kolei stawały się pewnie obiektami renowacji i wracały w odnowione wnętrza jak nasza szafa z 1823.

Wprost spod hotelu ruszamy w górę. Podjazd na Port de Larrau to 1000 m do góry na 12 kilometrach. Początek, jak zawsze dotąd, bardzo stromy.

Słyszę dziwny dźwięk silnika. Po chwili przejeżdża koło mnie historyczne żółte Ferrari z lat 60., za nim 911-tka z lat 80., potem Jaguar E-type, jeszcze jedno Porsche, jeszcze jeden E-type, Porsche 356 i na końcu nowiutki Aston Martin. Mimo szlachetności marki nie pasował do tej grupy. W samochodach starsi ludzie o skupionych, nieruchomych twarzach. Mieli się na czym skupić, bo podjazd biegł serpentynami w lesie, przy nachyleniu 12-14%.

Przejechali, wydawało mi się, że minęło mało czasu, ale na podjeździe czas ma inny wymiar, kiedy kawalkada w tej samej kolejności zjechała koło mnie w dół.

Dzisiaj przyjąłem inną taktykę wjazdu. Czując odpływ sił zatrzymywałem się na odpoczynek 30 sekund – do minuty. parę oddechów i mogłem jechać dalej. Czasem jeden kilometr, czasem tylko 300 metrów. Odpowiedź dał potem mój wskaźnik nachylenia. Maksymalne z tego dnia wyniosło 17%. W czasie podjazdu przestałem na niego patrzeć.

Wydostaliśmy się na przełęcz Col Erroymendi (1362 m n.p.m.), oddzielającą nas od górnego piętra doliny. Dojazd na końcowych metrach stanął dęba, tak, że trzeba było wjechać na stojąco.

Na przełęczy wiatr, stado baranów i widoki na wielkie góry w śniegu, gdzieś daleko na południowy wschód od nas.

Wyjaśnia się prawdopodobna przyczyna odwrotu historycznych aut. Droga na odcinku od tej przełęczy do Port de Larrau jest naprawiana przez rozwalcowywanie żwiru na nawierzchni. Żwirek jest częściowo luźny, samochody będą go uklepywać przez całe lato. Jak bym miał E-type’a lub Ferrari za 100 tys. euro, też nie chciałbym, żeby obijać go żwirem. Żwirek niestety utrudnia podjazd, jest niestabilny, boję się pomyśleć o zjeździe.

Po długim i widowiskowym podjeździe wzdłuż zbocza wspinamy się zakosami na właściwą przełęcz. Po drodze fotografuję stado bydła pirenejskiego i koni, które pasą się zupełnie swobodnie w otwartym terenie. Bogata roślinność została poniżej pierwszej przełęczy. Jest tylko trawa i kamienie.

Na Port de Larrau (1573 m n.p.m.) niespodzianka. Droga na stronę hiszpańską jest zamknięta z powodu robót i będzie otwarta dopiero o 13. Mamy ponad godzinę czekania. Ciemnoskóry porządkowy z lizakiem pilnuje, żeby nikt nie przejechał przez barierki ustawione pod tablicą mówiącą, ze wjeżdżamy do prowincji Navarra.

Słońce świeci, ale robi się coraz chłodniej. Wieje zimny wiatr. Siedzimy już w skafandrach i kapturach. Leszek zaprzyjaźnia się z młodym Francuzem mówiącym dobrze po angielsku (ewenement!). Francuz w którymś momencie podchodzi do nas i proponuje miejsce w samochodzie. Temperatura podobno 9 stopni, ale mówi nam też że hiszpański porządkowy pozwoli nam zjechać, tylko jak napotkamy roboty to będziemy musieli przenieść rowery. To ratunek od tego zimna. Zaczynamy zjeżdżać. Najpierw kilkusetmetrowy tunel który przypomina lodówkę. Według mnie jest w nim nie więcej niż 5 stopni. Zjazd to czysta przyjemność, nie ma śladu żwiru. Hiszpanie pomiędzy odcinkami dobrego asfaltu wstawiają nowe partie jeszcze lepszej nawierzchni. W miarę jak się obniżamy te nowe odcinki są coraz cieplejsze. Obserwujemy dużo sępów, raz znaleźliśmy się blisko grupy około 10 ptaków. Z bliska widać jak są potężne, mają rozpiętość skrzydeł ponad 2,5 m. Wreszcie na samym dole dojeżdżamy do maszyn drogowych, które naprawiają ostatni odcinek. Kładą nowy odcinek asfaltu na cała szerokość drogi. Przeprowadzamy rowery bokiem i po 300 metrach przejeżdżamy drugą bramkę.

Rozbieramy się z kurtek i grzejemy chwilę na słońcu. Nasza droga skręca w lewo, żeby przez niewysoką przełęcz „Alto Laza” (wysokość 1129 m n.p.m.), 3,5 km , 250 m do góry od rozjazdu) dotrzeć do Izaby. Niestety, obniżyliśmy się 750 metrów i żeby przejechać do Francji musimy podnieść się o 1000 w górę. Ale czujemy się dobrze, a droga biegnie doliną rzeki Belagua i wznosi się dość łagodnie 4-6%. Szosa w naszych kryteriach klasy międzynarodowej, ruch bardzo niewielki, możemy jechać obok siebie. Olbrzymią dolinę zamyka w oddali mur zbocza na którym bardzo wysoko widać jasne zabudowania. Taki widok będzie się powtarzał i niestety oznacza, ze będziemy tam musieli wjechać. Na ostatnim płaskim odcinku przed właściwym podjazdem robimy długi odpoczynek. Jemy kanapki i carbosnacki z tubek. Popijamy dużą ilością płynów. Podjazd biegnie najpierw długimi zakosami przez las, aby wreszcie na odkrytym zboczu zaserwować nam wspaniałe widoki. Zatrzymuję się, robię zdjęcia. Mijamy stacje narciarską Belagua na wysokości ponad 1300 metrów, to właśnie te białe budynki. Kolejne miejsce widokowe. Do Francji jeszcze kilka kilometrów. Zaczyna się mgła, wjeżdżamy w chmurę. Wiatr potęguje uczucie zimna. Ubieramy się w kurtki i jedziemy dalej.

Mijamy gdzieś przełęcz Portillo de Eraica (1578). Otoczenie robi się groźne. Droga biegnie zboczem góry, między skałami, jak po gołoborzu. Czasem widać wyschnięte pnie drzew, żadnych samochodów, ani ludzi. Tablice informujące po francusku o robotach drogowych mówią nam ze gdzieś przejechaliśmy granicę. W jednym miejscu zamiast serpentyny mamy pełny zakręt o 360 stopni, który po mostku przecina linię drogi, którą przed chwilą jechaliśmy. Na ostatnim połogim odcinku przed przełęczą Col de Pierre St. Martin (1760 m n.p.m.) ruch wahadłowy sterowany światłami. Oczywiście nic nie jedzie. Naciągamy na głowy kaptury i po zmianie na zielone ruszamy. Po kilkuset metrach mijamy betoniarkę, która zalewa jakąś rurę wkopaną w jezdnię. Krajobraz dalej niesamowity a mgła gęstnieje. Na przełęczy już dosłownie nic nie widać. Widoczność nie przekracza 10 m, temperatura 9 stopni. Jest nam strasznie zimno, ale nie możemy zjeżdżać szybko, bo poza złą widocznością na drodze pojawia się nasz nieprzyjaciel – żwirek. Umawiamy się ze jedziemy bardzo blisko siebie. Gdyby ktoś z nas odjechał na 20 m i wypadł poza trasę, drugi by przejechał i na pewno go nie zauważył. Od pierwszego etapu mamy tylko jeden telefon, bo drugi musieliśmy oddać dziadkowi. Jego „sprzęt” na kartę przestał działać z niewiadomych powodów.

Bardzo strome serpentyny sprowadzają nas coraz niżej, a widoczność zaczyna się poprawiać gdzieś na 1200 m. Chmura z waty zamienia się w krople wody. Jedziemy w mżawce. Temperatura wzrosła zaledwie do 12 stopni. Zjazd kończy się w miejscowości La Mouline, ostatnim odcinkiem o nachyleniu 15%. Nie zazdrościmy podjeżdżającym na Col de la Pierre St. Martin od tej strony. Na szczęście ich nie widać. Jest późne popołudnie, po 17-tej.

Doliną rzeki dojeżdżamy po 7,5 km do Arette. Tu dodzwania się do nas dziadek, który przez 8 godzin nie miał z nami kontaktu i jest mocno zdenerwowany. Znalazł pokój w oberży w miejscowości Issor, zaledwie 6 km od Arette, gdzie stoimy. Gnamy na miejsce.

Po drodze niestety jeszcze 150 m do góry. Takie są Pireneje. Ze złością pokonujemy górkę na twardym przełożeniu.

Zjeżdżamy do Issor, widzimy dziadka przy wylocie bocznej drogi. Jeszcze zjazd uliczką co najmniej 20% w dół, na hamulcach, przez rzeczkę, krótki i stromy podjazd i wjeżdżamy na podwórze starego gospodarstwa, które teraz jest Oberżą pod Trzema Osłami. Właściciel wita nas gorącą herbatą. Po rozgrzewce instalujemy się w pokoju na piętrze pięknie przebudowanej kamiennej obory. Za chwilę pławimy się pod prysznicem.

Po odpoczynku schodzimy na kolację. Restauracja jest pod nami, w części parterowej obory. Właściciel zamienia się w szefa kuchni, a do stołu podaje jego sympatyczna żona i młoda dziewczyna, która może być ich córką. Właściciel mówi nieźle po angielsku, ale dziewczyny ani w ząb. Restauracja jest dość droga jak na taką dziurę, rezygnujemy z przystawek i z wina co jest przyjęte z pewną dezaprobatą. Mówimy coś o innych zwyczajach żywieniowych w Polsce, ale szef przypomina nam że jesteśmy we Francji między innymi po to, aby poznać ich zwyczaje. Traktuje nas jednak wyjątkowo, bo kiedy inni czekają jeszcze na swoje „entree”, dziadek z Leszkiem piłują nożami z piłką średnio wypieczony antrykot, a ja rozkoszuję się stertą arcysmacznych kawałków łososia, wystarczających na obiad dla 2-3 osób. Zauważam tu brak „polskiej” równowagi dania głównego: u nas  mięso, wypełniacz czyli ziemniaki lub frytki, i jakaś jarzynka do tego, pozostają w podobnych proporcjach. Tutaj danie główne to mięso, a reszta to dodatki i dekoracja. Przy moim łososiu to pięknie ukształtowana „babka” z czarnego ryżu i papryka cięta w długie paski, ugotowana i zatopiona w różowym sosie o lekko pikantnym smaku.

Po obiedzie (kolacji) kawa dla mnie i herbata dla pozostałych. W czasie naszej kolacji restauracja prawie się zapełniła. Zeszło towarzystwo trzech mężczyzn i młoda dziewczyna, być może córka któregoś z nich, para młodych ludzi patrzących sobie w oczy i para po pięćdziesiątce. Widać że wszyscy celebrują ten posiłek, podkreślając to nawet eleganckim ubiorem. Oczywiście nie wieczorowym, ale widać, że poprzebierali się z ciuchów turystycznych w coś lepszego. Chwilami źle się czułem w swoim polarze i górskich spodniach. Po kolacji Leszek przeniósł się do pokoju a ja z dziadkiem poszliśmy na mały spacer do miasteczka i z powrotem.

Statystyka III etapu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *