Wyróżniony

Pireneje 2007 odpoczynek i etap V

Wprowadzenie do dziennika

Wstęp do etapu V (napisany 21.09.2020)

Nasza droga przez Pireneje biegła ścieżkami i drogami dawnych i obecnych wyścigów Tour de France, które są zawsze najważniejszymi wydarzeniami sezonu kolarskiego. Tak się składa, że wczoraj zakończyła się na Polach Elizejskich w Paryżu 107 edycja tego wyścigu. Kilka dni wcześniej 18 etap we wspaniałym stylu wygrał Michał Kwiatkowski. Jeśli ktoś nie widział, to polecam obejrzeć niecodzienny przykład współpracy i przyjaźni w drużynie. Kolarstwo to sport drużynowy choć wygrywa jeden zawodnik. Nie zawsze tak było. Wczesne lata Touru należały do herosów.  Wyobraźcie sobie kolarzy jadących na rowerach po kilkanaście godzin dziennie, od świtu do nocy, ponieważ długość całego wyścigu, począwszy od roku 1911 aż do 1929 przekraczała 5000 km, a w 1926 wyniosła rekordowe 5745 km! Trasy tamtych edycji były dłuższe o ponad 2000 km od dzisiejszych! Co prawda trwały cztery tygodnie, ale to jeden tydzień męki wiecej niż dzisiaj. Etapy miały po 300 i więcej kilometrów a w każdej edycji był jeden lub dwa powyżej 400 km. Trzeba było wyjątkowej siły fizycznej i siły woli, żeby to wytrzymać. Jednym z herosów tamtego okresu był Eugene Christophe. Startował w Tour de France 11 razy a ukończył 8 z nich. Nigdy nie wygrał ale wiele razy był blisko zwycięstwa. W 1913 roku wjeżdżał na przełęcz Tourmalet naszą trasą. Był wtedy na drugim miejscu w klasyfikacji, ale na podjeździe uzyskał taką przewagę, że na przełęczy, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, był już wirtualnym liderem. W połowie zjazdu zorientował się, że coś niedobrego stało się z rowerem, bo nie może nim kierować. Udało mu się zatrzymać i wtedy okazało się, że pękły widełki trzymające przednie koło. Christophe zszedł piechotą z rowerem 10 kilometrów do miejscowości St. Marie de Campan. W międzyczasie minęli go konkurenci. W wiosce napotkana dziewczynka zaprowdziła go do kowala, który mógł mu naprawić rower, ale tak naprawdę nie mógł, bo kolarz musiał to zrobić sam. Takie były wtedy przepisy. Naprawa pod kierunkiem fachowca trwała kolejne trzy godziny. Na koniec sędziowie ukarali go jeszcze trzyminutową karą za to pozwolił małemu chłopcu o imieniu Corni dmuchać w miechy potrzebne do nagrzewania materiału podczas naprawy. Christophe wsiadł na rower, przejechał jeszcze dwie góry i dokończył etap w Bagneres-de-Luchon. Ostatecznie skończył wyścig na siódmym miejscu. Na pamiątkę tego wydarzenia na przełęczy Tourmalet stoi pomnik, pod którym fotografują się wszyscy zdobywcy, drugi pomnik stoi w St. Marie de Campan, a na zabytkowej kuźni pana Lecomte umieszczono pamiątkową tablicę.

Kiedy dzisiaj czytam swój dziennik, to widzę mało dramatyzmu w najbardziej dramatycznym etapie. Byliśmy tak skupieni na tym, żeby zjechać cało w tych warunkach, że właściwie inne odczucia zeszły na dalszy plan. Odcinek po krowim łajnie niewątpliwie przybliżył nas w czasie do Christopha. Nigdy przedtem ani potem nie byłem tak wychłodzony. Prawdziwy horror przeżywał dziadek zmuszony do nawigowania do nowego celu. Opowiadał potem, że zatrzymywał się przed rondami, obchodził je piechotą, żeby zlokalizować właściwy wyjazd i ruszał do natępnego. W deszczu i widząc na jedno oko nie był w stanie zrobić tego inaczej.

Pora wrócić do roku 2007. Przed etapem V jeszcze dzień odpoczynku przeznaczony na leniuchowanie i umiarkowane obżarstwo.

Dziennik 24.06.2007: dzień odpoczynku w Argeles-Gazost

Dzisiaj dzień przerwy – niedziela. Zaczynamy go bardzo leniwie. Po obudzeniu piszę dziennik z poprzednich dni, dziadek i Leszek śpią dłużej. Silne postanowienie aby wstać o 9 nie skutkuje, wreszcie jemy śniadanie ok. 10-tej i przed 11-tą wyjeżdżamy samochodem w stronę Lourdes na małe zwiedzanie i poszukiwanie sklepu. Do Lourdes dojeżdżamy drogą szybkiego ruchu. Przejeżdżamy na drugą stronę miejscowości i tam znajdujemy ostatni otwarty supermarket. Wpadamy do środka na 20 minut przed zamknięciem. W niedziele tylko do 11:45. To sklep sieci Netto. Inne sklepy w okolicy, w tym Leclerc zamknięte są na głucho.

W drodze powrotnej objeżdżamy Lourdes samochodem, robimy zdjęcia i wracamy starą drogą, przez liczne miejscowości w dolinie. Okazuje się że jest tam zatrzęsienie campingów i hotelików. Po powrocie do hotelu znów jemy, leżymy i śpimy. O 17-tej wyruszamy spacerkiem do miasteczka aby znaleźć tam restaurację, gdzie będzie można zjeść spaghetti. Restauracji jest wiele, otwierają się dopiero po 19-tej. Znajdujemy właściwą. Wybór był dobry. Nasza kolacja trwa do 21. Jak zwykle opróżniamy karafkę wina.

Kolacja w Argeles-Gazost – jednak butelka wina i karafka wody

W drodze powrotnej przechodzimy przez park miejski, gdzie dobiega końca sobotnio-niedzielny festyn. Gra jeszcze zespół typu „dobre stare chłopce”. Lecą bluesy, utwory w stylu Johnniego Hallyday’a i country. Bawi się i słucha muzyków nie więcej niż 20 osób. Nawet dziadek zaczyna podtańcowywać. Jakiś człowiek w strasznie upapranym ziemią ubraniu tańczy z kobietą, która zrzuca klapki i skacze boso po parkowym żwirze. Dochodzą do nas dwie dziewczyny ze śmiesznym czarnym szczeniakiem z białymi skarpetkami i krawatem. Dziewczyna w czarnej sukience z usztywnioną nogą robi zdjęcia. Wszyscy wydają się znać ze sobą i przyjaźnić. Kiedy dziewczyna ze sztywną nogą wchodzi do muzyków i zaczyna śpiewać koszmarnie fałszując dochodzimy do wniosku, że pora iść do hotelu. W podjęciu decyzji pomagają nam czarne burzowe chmury, które zeszły z gór z zachodniej strony i ponaglają nas deszczem i paroma grzmotami.

W hotelu przygotowania rzeczy na następny dzień, pakowanie i mocne postanowienie wczesnego wyjazdu. W końcu atakujemy Tourmalet, legendarną przełęcz Tour de France, najwyższy punkt naszej wyprawy – 2115 m n.p.m.

Dziennik 25.06.2007 – etap V Argeles-Gazost – St. Marie de Campan

Wstajemy o 6:40. Przygotowania do etapu przez Tourmalet idą sprawnie do momentu, kiedy okazuje się, że pół zawartości Leszka camelbacka wypłynęło do plecaka. Gdzieś jest jakiś błąd, bo bukłak wyciągnięty z plecaka nie ma ochoty przeciekać. Nerwy napięte, suszenie plecaka i zawartości z dokumentami włącznie. Przydaje się hotelowa suszarka. Czas ucieka, ale pogoda też nie nastraja optymistycznie. Chmury po wczorajszej burzy wcale się nie rozeszły. Jest właściwie mokro. W końcu ubieramy kurtki i w drogę. Czeka nas 1700 m do góry, a potem jeszcze dwie przełęcze. Po pierwszej godzinie a potem po drugiej utwierdzamy dziadka przez telefon, że my pchamy się na górę, a on może jechać do miejscowości etapowej, Bagneres-de-Luchon, Chmura jakby uciekała przed nami do góry. Cały czas mamy ją 200 m nad głowami. W takiej scenerii wjeżdżamy w boczną drogę, gdzie zaczyna się właściwy podjazd. Dolina jest wąska i po krótkim czasie zmienia się w wąski kanion o pionowych ścianach. Cały czas wznosimy się przy nachyleniu 4-5%. Rzeka, która była niedawno na naszym poziomie, zniknęła gdzieś głęboko pod nami. Mijamy kamienny most łączący brzegi kanionu, stary i zrujnowany. Po drugiej stronie wypatruję drogi, do której prowadził, ale zbocze jest równo zarośnięte. Strome zbocza, gęsta roślinność i ciemna chmura tworzą scenerię jak z powieści Tolkiena. Mijamy widoczne po lewej stronie na zboczu kamienne miasteczko. Wszystkie domy z szarego kamienia, dachy identyczne, grafitowe. Droga mija kolejne miejscowości wypoczynkowe i wznosi się coraz ostrzej. Niestety, chmura, która momentami była bardzo cienka gęstnieje i coraz więcej z niej wody. Jest zimno.

Nachylenie na podjeździe

Mgła odbiera nam przyjemność obejrzenia krajobrazu, który jest tutaj wyjątkowo piękny. Jesteśmy w najwyższej części Pirenejów i powinniśmy widzieć z przełęczy główny grzbiet ze szczytami przekraczającymi 3000 m. Zamiast tego przejeżdżamy pod widmowym wyciągiem krzesełkowym, który ciągnie gdzieś w górę puste krzesełka. Za chwilę z chmury wyłania się stado owiec, które gdzieś wędruje, częściowo korzystając z drogi. Po raz kolejny zastanawiam się, dlaczego mają futro pomalowane farbą. Wyglądają śmiesznie, bo są ostrzyżone i tylko na grzbietach pozostawiono im trochę wełny. Wyglądają jakby miały narzucone na grzbiet kożuszki. Owce schodzą nam z drogi, barany śledzą nas marsowym wzrokiem. Za chwilę mija nas stadko maruderów, które kłusem gonią za głównym stadem.

W prawie zerowej widoczności wyjeżdżamy na przełęcz Tourmalet (2115). Jest zimno i mokro. Pakujemy się do baru na gorącą herbatę, którą uzupełniamy naleśnikami z konfiturami. Ściany baru pokryte są pamiątkami po herosach Touru. W końcu ubieramy się w ciepłe rzeczy. Leszek polar, a ja bluzę Mapei. Zakładamy kurtki, kaptury, ciepłe rękawiczki i wychodzimy, żeby przed zjazdem zrobić sobie zdjęcie pod tablicą i pomnikiem kolarza Eugene Christophe’a. Ten bohater był na rowerze na przełęczy Tourmalet w 1913 roku. Nikt nie słyszał wtedy o przerzutkach.

Tourmalet we mgle i deszczu
Zjazd do Sainte Marie de Campanśrednie nachylenia na kilometrze

W tym momencie z przeciwnej strony wjeżdża kolarz. To jakiś zawodowiec, filigranowy Hiszpan. Robimy sobie zdjęcie, on robi nam świetne ujęcie z rzeźbą Christophe’a. Mgła gęstnieje makabrycznie. Próbuję się dogadać na temat pogody. Z tego, co mówi wynika, że mgła zniknie, a deszczu nie będzie. Niestety, coś się chyba zmieniło w międzyczasie. Zjeżdżamy we mgle przechodzącej coraz wyraźniej w deszcz. Droga jest bardzo mokra, wkrótce mamy już mokre nogi i to, co wystaje spod kurtki. Temperatura 7 stopni. Zjeżdżając wychładzamy się coraz bardziej. Woda płynie nam po twarzach. Obniżamy się o 1000 metrów i nic się nie poprawia, jest coraz gorzej. Po 17 km dojeżdżamy do miejscowości St. Marie de Campan, skąd powinniśmy zacząć podjazd na Col d’Aspin. W tych warunkach to niemożliwe. Jestem tak przemarznięty, że nie mogę utrzymać mapy w rękach. Zatrzymujemy się w podcieniach kościoła, chowamy się w środku. Dzwonimy do dziadka, który jak się okazuje też błądzi w deszczu. Musimy znaleźć jakieś ciepłe miejsce. Na murze na wprost naszych oczu napis Hotel de Deux Cols (Hotel Dwóch Przełęczy). Podjeżdżamy, jest pokój. Przekazujemy informację dziadkowi, który bez trudu lokalizuje nas na mapie, ma jednak straszne trudności w nawigacji w padającym deszczu. Dojeżdża do nas po dobrej godzinie.

W międzyczasie zrzucamy mokre ciuchy, kąpiemy się w gorącej wodzie i pakujemy pod koce. Po przyjeździe dziadka Leszek musi naciągnąć na tyłek mokre majtki i przynosi torby z rzeczami. Wreszcie możemy się ubrać. Po 19-tej schodzimy na kolację. Na kolację jemy zupę warzywną (przecierana kartoflanka z marchewką), na drugie dziadek pstrąga, my steki, na szczęście dziadek dostaje talerz makaronu, który nam oddaje za trochę naszych frytek. Do tego ½ litra lokalnego wina i ser miejscowy na deser.

W międzyczasie do hotelu dojeżdża grupa Anglików, wyglądają na poważnych sportowców. Jeden ma nawet koszulkę z napisem „2007 Ironman Finisher – South Africa”. Kiedy dowiadujemy się, że jadą od morza do morza w 4,5 dnia, udaje nam się zdobyć plan ich przejazdu. Okazuje się, że etapy mają długie, ale podjeżdżają połowę tego co my. Podniesieni tym na duchu, i niebieskim niebem nad naszymi głowami idziemy spać. Na dworze nie więcej niż 5-7 stopni.

Trasa etapu przez Tourmalet, po prawej przerwana z St. Marie de Campan
Statystyka etapu V
Wyróżniony

Pireneje 2007 IV etap

Wstęp do etapu IV napisany 7 września 2020

Wreszcie mam dobry timing. Wczorajszy etap Tour de France spotkał się z trasą naszego etapu IV, o czym przeczytacie w kolejnej relacji. Przed podjazdem na pierwszą przełęcz zatrzymała nas blokada drogi z powodu przejazdu kolarzy. Obserwacja prawdziwego zachodniego maratonu dla amatorów była absolutnie niezwykła. Tysiące kolarzy rozciągnietych na długość godziny, bo tylko tak można to było zmierzyć, wreszcie możliwość jazdy wśród nich tak, jakbyśmy w tym uczestniczyli – niesamowite. Do dzisiaj pamiętam to czekanie na blokadzie. Najpierw ciekawość, potem zniecierpliwienie, potem nuda, potem odjechałem w boczną żwirową drogę za potrzebą i złapałem gumę, potem wymieniłem dętkę a oni jechali i jechali bez końca, grupa za grupą. Pamiętam też doskonale żandarma, który nas w końcu puścił. Olbrzym w granatowym mundurze i butach oficerkach. Samym wyglądem budził szacunek. Miałem kiedyś inne zdarzenie z żandarmem. Z miejsca, gdzie samochody jadące Avenue de la Grande Armee wjeżdżają na Plac Charlesa de Gaulle w Paryżu, czyli na słynny Plac Gwiazdy z Łukiem Triumfalnym, chciałem zrobić zdjęcie w kierunku dzielnicy Defence i Wielkiego Łuku Trumfalnego. W tym celu postanowiłem pozostać na wąskiej wysepce rozdzielającej jezdnie podczas zielonego światła dla pojazdów a czerwonego dla pieszych. Przeszedłem na wysepkę na zielonym i poczekałem aż światło się zmieniło. W tym momencie przy mnie pojawił się żandarm, równie duży jak ten w Pirenejach. Nic nie mówiąc po prostu zasłonił mnie sobą. Był zdecydowanie bardziej widoczny dla samochodów ode mnie. Tak, po prostu, rozumiał swoją rolę w tej sytuacji. Zrobiłem zdjęcia, światło się zmieniło, żandarm bez słowa wrócił na swój posterunek przy skrzyżowaniu a ja dokończyłem przechodzenie.

Wracając w Pireneje – podjazd na przełęcz Col de Marie Blanque i zjazd do Laruns kończył wczoraj etap Tour’u, dla nas był początkiem trudnego dnia z mnóstwem atrakcji – maraton, jeden z najtrudniejszych podjazdów (Aubisque), zakrzywiony, ciemny tunel, stare samochody i wieczorna fiesta. O tym wszystkim w relacji z etapu IV jazdy przez Pireneje na go-tl.pl

Poranek pod Trzema Osłami

23.06

Etap IV: Issor – Argeles-Gazost

Jak zwykle usiłujemy wstać wcześnie. 7 rano w głębokiej dolinie to właściwie szarówka. Słońce pokazuje się koło 8-ej. Dzisiaj mamy nocleg ze śniadaniem, więc meldujemy się na parterze dawnej obory. Wcinamy bagietki z dżemem i croissanty i, o dziwo, jesteśmy najedzeni. Rozmawiam z właścicielem o historii tego miejsca. Okazuje się że dom mieszkalny i obora mają ponad 300 lat. (Dach obory jest pokryty kamienną dachówką, ułożoną z płaskich kawałków łupka, co doskonale widać wchodząc po zewnętrznych schodach na mieszkalne pięterko). Obecni właściciele kupili to gospodarstwo 8 lat wcześniej, kiedy jeszcze działało i wszystkie pomieszczenia spełniały swoje pierwotne funkcje. Przeprowadzili remont i przebudowę i uruchomili restaurację, która stała się znana w całej okolicy (stąd pewnie ceny) i funkcjonowała cały rok. Dwa lata wcześniej szef miał poważne kłopoty z kręgosłupem i przestali tak intensywnie pracować. Przygotowali pokoje gościnne i teraz oberża jest czynna w sezonie letnim, właściwie od Wielkanocy do września i otwiera się na dwa tygodnia w okresie Bożego Narodzenia i na kolejne dwa w sezonie narciarskim. Mieliśmy dużo szczęścia (dziadek), bo od dzisiaj do końca sierpnia wszystkie pokoje są już zarezerwowane. Po spakowaniu wszystkich rzeczy i kanapek do plecaków wyruszamy ok. 10:30. Dziadek dzisiaj decyduje się jechać naszą trasą, zresztą nie bardzo jest jak jechać inaczej.

Przejeżdżamy ok. 10 km i przed skrętem na naszą pierwszą przełęcz Col de Marie Blanque (1035 m n.p.m.) natrafiamy na blokadę ruchu. Słychać syreny karetek. Podejrzewamy wypadek. Dziadek zostaje w kolejce unieruchomionych aut a my podjeżdżamy zobaczyć co się dzieje. Droga jest zablokowana, bo od strony hiszpańskiej jadą kolarze. Jakiś wyścig? Przejeżdża grupa 100 osób, za nią następna i następna i następna. Porządkowi machają chorągiewkami, kierując ich na podjazd i pokrzykując „venga”, to muszą być Hiszpanie. Żandarmi blokujący drogę to Francuzi. Widzimy już, że to nie wyścig ale maraton. Pytam żandarma ile osób jedzie w tym maratonie. Nie mogę uwierzyć, kiedy rysuje mi liczbę zer, choć zrozumiałem francuski liczebnik. 7000 kolarzy jedzie na naszą przełęcz.

Po kolejnej półgodzinie, naprawie tylnego koła (złapałem gumę), podchodzę do szefa żandarmów i pytam po angielsku czy możemy jechać. Facet robi wymowny ruch ręką i włączamy się w końcówkę maratonu. Okazuje się ze bez większego trudu przechodzimy z Leszkiem jedną grupkę, potem następne. To już końcówka, widać, że amatorzy, choć sprzętowo dobrze przygotowani, ale dla nas jakiś sprawdzian własnej siły. Zaczyna się naprawdę stromy podjazd. Tabliczki przy drodze informują o średnim nachyleniu na najbliższym kilometrze. Mijamy kolejne z nich: 8%, 9%, 10%, 11,5%. To oznacza, że jeśli średnio ma być ponad 11%, a na pierwszych 500m jest 7% to potem może być już tylko bardziej stromo, aż do kilkunastu. Po wyjeździe na przełęcz mój licznik pokazał maksymalnie 19%. Leszek odjechał do przodu na samym początku podjazdu. Ja jadę swoim tempem, ale i tak wyprzedzam wszystkich. Dogoniło mnie tylko 2 może 3 kolarzy. Najśmieszniejszy jest fakt że ścigamy się przy prędkościach pomiędzy 5 a 7 km/h. Dużo osób zsiadło z rowerów i prowadzą je do góry. Z boku drogi samochody z hiszpańskimi kibicami, którzy głośno dopingują wszystkich. Atmosfera wielkiej imprezy. Bokiem przemykają porządkowi na motocyklach i quadach. Dziadek wbił się też jakoś w kolumnę maratonu i przejeżdża obok.

Uczestnicy maratonu zaczynają podjazd na Col de Marie Blanque
Profil podjazdu na Col de Marie Blanque

Mija mnie karetka, z której lekarz czujnym okiem przygląda się każdemu kolarzowi. To bardzo dobry pomysł, bo niektórzy robią wrażenie półprzytomnych nawet znacznie później, już na zjeździe. Wreszcie końcówka, podjazd jak po drabinie, ale zrzucam na mniejsze kółko i mijam ostatnich czterech kolarzy. Do ludzi, którzy biją brawo na przełęczy wołam po angielsku ze jestem turystą z Polski i nie jadę w wyścigu.

Choć to niewiele ponad 1000 metrów n.p.m. jest pochmurno i wieje silny wiatr. Zimno, ubieramy się do zjazdu w kurtki.

Na przełęczy pozostawiamy dużo samochodów powiązanych z maratonem. Zaczynamy zjazd nie czekając na dziadka, Telefony w tych górach nie działają. Po 200m obniżenia wjeżdżamy na płaski teren. To płaskowyż Plateau Banou. Przejeżdżamy po płytach pod którymi chyba są czytniki chipów, które maratończycy wiozą na swoich rowerach. Potem jest dla nich pewnie dojazdówka, bez pomiaru czasu. Za tą prowizoryczną metą liczne namioty serwisowe firm rowerowych, autokary, ale widać już też porządkowych sprzątających gigantyczny bałagan po 7000 rowerzystów i kilku setkach osób związanych. Przypominam sobie, że na końcu podjazdu pod przełęcz spotkałem brygadę z kubełkami na śmieci zbierającą każdy papierek wyrzucony przez kolarzy. Po drodze widziałem bidony, szkiełka od okularów, odblaski, rękawiczki, a na zjeździe, w szybkim miejscu czapeczkę – widocznie komuś zwiało. Nasze kaski trzymają się mocno. Suniemy po pięknych łukach i serpentynach na dno doliny. Dojeżdżamy do miejscowości Bielle, gdzie mamy skręcić w prawo na główną drogę. Na skrzyżowaniu porządkowi usiłują skierować nas w lewo jak maratończyków, my jednak zjeżdżamy w prawo i zatrzymujemy się. Kiedy usiłujemy dodzwonić się do dziadka, toyota ukazuje się spomiędzy domów, 300 metrów przed nami. Telefon wreszcie działa, dziadek zatrzymuje się. Okazuje się że samochody żandarmi kierowali skrótem przez miasteczko, aby nie mieszały się z kolarzami. Ruszamy w stronę Laruns, aby po chwili odkryć, że zbliżamy się do ronda, łączącego naszą szosę z obwodnicą miasteczka, na której maratończycy też jadą w naszą stronę, w kierunku Hiszpanii. Dajemy się dogonić małej grupie, którą prowadzi silnie wyglądający mężczyzna wiozący „na kole” kobietę w takiej samej koszulce. Widać walczą w klasyfikacji par. Za nimi młody chłopak, bardzo szczupły, na Bianchi, który ma wyraźne trudności z utrzymaniem koła. Po którymś odpadnięciu wyprzedzam go i podłączam się do pary. Dojeżdżamy do Laruns. Za miasteczkiem, które znów przejeżdżamy w tłumie kolarzy znajdujemy miejsce na dłuższy odpoczynek. Dziadek dojeżdża. Dopakowujemy do plecaków ciepłe rzeczy, bo będziemy wjeżdżać na Col d’Aubisque (1709 m n.p.m.) Odkrywamy znany już widok, dolina kończy się wiele kilometrów przed nami, może 10 w linii prostej, zboczami gór na których widać białe plamy budynków, bardzo wysoko, prawie na styku z linią chmur. To stacja narciarska Gourette równo 1000 m nad nami. Droga to początkowo 4-5%, ale po paru kilometrach żarty sie kończą i zaczyna się regularne 7-9%. W jednym miejscu znak pokazuje 13%. Mój komputerek na paru metrach osiąga nawet 16%. Trudy podjazdu na Col Marie Blanque dają się odczuć. Czas ma inny wymiar, zdaje się że podjazd trwa krótko, ale dystans pokonywany 8-9 km/h wolno się kurczy. Potem okaże się że na samą Col d’Aubisque podjeżdżamy ponad 2 godziny od rozstania z dziadkiem a to tylko 18 km. Nic dziwnego, że zwycięzca etapu na Col d’Aubisque, kiedy w latach 20 tych XX wieku pierwszy raz poprowadzono tamtędy trasę Tour de France, na mecie zwymyślał organizatorów od morderców.

Profil podjazdu na Aubisque

Przed stacją Gourette mija mnie Toyota. Dziadek przejeżdża nie widząc też Leszka, czekającego na mnie na wjeździe, a po chwili widzimy go znikającego w drzwiach pizzeri otwartej, pomimo że stacja wygląda na wymarłą. Wyjeżdżamy dalej na zbocze góry ponad stacją i pokonujemy ostatnie 3 kilometry. Zbocze zabezpieczone jest drewnianymi konstrukcjami, które mają chronić drogę przed lawinami. Krótko przed przełęczą pakujemy się w chmurę. Na górze jest niewielki parking i bar w rozpadającym się budynku. Pijemy gorącą herbatę, ubieramy się w ciepłe ciuchy i kurtki. Zagaduje nas czwórka angielskich motocyklistów, jeden z nich chce nam zrobić zdjęcie. Częstują nas też sękaczem, który kobieta wypieka nad rusztem przed barem. Jest pyszny. Spod baru widzimy dziadka w Toyocie, który wreszcie nas mija i jedzie szukać noclegu. Trochę się denerwujemy, bo jest sobota i może nie być wielu wolnych miejsc.

Trochę pokrzepieni zaczynamy zjazd. Po paru minutach wyjeżdżamy z mgły i widok odejmuje nam mowę. Jedziemy po ścianie gigantycznego kotła, po autentycznej półce skalnej. To już nie groźnie wyglądające zbocze, ale autentyczna pionowa ściana. Przepaść mamy po lewej stronie, od krawędzi drogi oddziela ją murek wysokości 20 cm.

Droga między Aubisque a Col du Soulor (zdjęcie z Internetu)

Nasza droga przestaje opadać, widać jak po przeciwnej stronie kotła podnosi się na ostatnią dzisiaj przełęcz, Col du Soulor (1474 m n.p.m.). Wjeżdżamy w tunel, a tam niespodzianka –  tunel nie biegnie po prostej tylko po łuku. Jest moment, kiedy tracimy światło z tyłu, i na szczęście wtedy widać już wylot. Nie widziałem nic w okularach przezroczystych, Leszek jeszcze mniej w ciemnych. Oczywiście nie mamy żadnych świateł. Dobrze, że nic nie jechało. Na przełęczy Col du Soulor trafiamy na rajd samochodów historycznych. Stoi tam już ok. 25 aut. Jest Jaguar E-Type, Jaguar 3,8l, są Triumphy, Alfa Romeo, sportowy Fiat z lat 60-tych, bardzo rzadki Panhard, ale i Renault 8 Gordini. Jest też kilka aut z lat 20-tych i 30-tych. Oglądamy, robimy zdjęcia i jedziemy w dół.

Na końcu zjazdu, w miasteczku Arrau zatrzymujemy się aby się rozebrać. Zaczyna mijać nas kolumna historycznego rajdu. Telefon od dziadka – jest hotel w Argeles-Gazost, niestety nie ma campingu. Ostatnie kilometry pokonujemy między starymi autami, które doganiamy w miasteczkach. Na balkonach i tarasach przy drodze mnóstwo ludzi pozdrawiających rajd, nas i pewnie wszystko co przejeżdża. Słychać muzykę. Atmosfera święta. W końcu to sobotni wieczór. Dojeżdżamy na miejsce. Pokój w hotelu Printania za 50 euro za dobę. Nie jest źle. Jemy gorące kubki, dobijamy kolacją. Pławimy się w wannie z gorącą wodą.

Mapka dzisiejszego etapu, żółtym markerem zaznaczone ważne miejsca
Wyróżniony

Pireneje 2007 III etap

Wprowadzenie do III etapu (napisane 26.08.2020)

Trzeci etap naszej przygody, długi i pełen wrażeń, wrył mi się mocno w pamięć. Sielankowy poranek w hoteliku w Larrau, zimno na przełęczy Port de Larrau, przejazd przez tunel – „lodówkę”, odpoczynek na gorącym asfalcie pięknej, ale kompletnie nieuczęszczanej hiszpańskiej drogi „do nikąd” bo w wysokie góry, gdzie wygrzewalismy się jak jaszczurki, finałowy podjazd w coraz bardziej złowrogim otoczeniu i warunkach, wreszcie zjazd we mgle i deszczu do Arette, a potem do Issor. Opis tego dnia daje powód do kilku dygresji. Po pierwsze rozprawia się ze stereotypem, który miałem w głowie szykując się do wyjazdu. Jeżeli w czerwcu jadę na południe Europy, to będzie ciepło. To prawda ale nie w wielkich górach. Surowy klimat trzyma tam do głębokiego lata. Niska temperatura, mgła i deszcz nie tylko tego dnia dały nam się we znaki. Druga dygresja to rejon. Gouffre de Pierre St. Martin to najgłębszy system jaskiniowy na świecie. Można powiedzieć, że jechaliśmy nad nim, bo ukryty jest w gigantycznych zboczach gór tamtego rejonu. Różnica wysokości między najwyższym i najniższym punktem wynosi 1410 m a długość korytarzy to ponad 80 km. Jest tam potężna podziemna rzeka i druga co do wielkości sala podziemna La Verna. Ma 194 m wysokości, 250 długości i powierzchnię 5 ha. Obecnie jest udostępniona do zwiedzania (zrobiono dogodny dostęp), a na zboczach Pierre Saint Martin funkcjonuje zimą ośrodek narciarski. O jaskini wiedziałem od bardzo dawna, ale to już trzecia dygresja. Wyrosłem na książkach podróżniczych. Pochłaniałem opowieści o zmaganiach ludzi z naturą i swoimi słabościami. Fascynowali mnie podróżnicy, zdobywcy, odkrywcy. Na dodatek autorzy, w tym polscy, umieli ciekawie pisać o swoich przygodach. Kto dziś pamięta Ostrowskiego, Fiedlera, Centkiewiczów. Seria wydawnicza Naokoło Świata „Iskier” dostarczała pełen repertuar: kajakiem przez oceany, psimi zaprzęgami na biegun, jachtem dookoła świata, wspinanie we wszystkich górach, wreszcie eksploracja jaskiń. Na czele listy jaskiniowej „W Jaskinach Pierre Saint Martin” Harouna Tazzieffa. Wydane w 1956. My też mieliśmy w tamtych czasach świetnych alpinistów, himalaistów i eksploratorów jaskiń. Jednym z nich, doskonale piszącym, był Maciej Kuczyński. Odszedł prawie równo rok temu. Leży przede mną jego książka „Do widzenia słońce”. Warto przypomnieć tę postać. Kto dzisiaj ma inspirować młodych, żeby oderwali nos od telefonu, trochę się zmęczyli dla swojego zdrowia, i coś ważnego przeżyli sami? Nie widzę, ale to już temat na inny tekst. Zapraszam na trzeci etap Pirenejów 2007 na go-tl.pl

22.06.

Etap III: Larrau – Issor

Poranek w Larrau – nasz idylliczny hotelik

Stary hotelik, w którym spaliśmy, mieścił w sobie restauracyjkę i sklepik spożywczy, gdzie rano kupuję wodę do bidonów. Właścicielka z robotnikiem odnawiali kolejne pokoje. Dali nam zajrzeć. Efekt połączenia antyku z nowoczesnością w łazience – doskonały. Rowery parkowały w budynku naprzeciw hotelu. Był tam skład starych mebli: szaf, stołów i stolików, nawet ławek ogrodowych, które po kolei stawały się pewnie obiektami renowacji i wracały w odnowione wnętrza jak nasza szafa z 1823.

Wprost spod hotelu ruszamy w górę. Podjazd na Port de Larrau to 1000 m do góry na 12 kilometrach. Początek, jak zawsze dotąd, bardzo stromy.

Słyszę dziwny dźwięk silnika. Po chwili przejeżdża koło mnie historyczne żółte Ferrari z lat 60., za nim 911-tka z lat 80., potem Jaguar E-type, jeszcze jedno Porsche, jeszcze jeden E-type, Porsche 356 i na końcu nowiutki Aston Martin. Mimo szlachetności marki nie pasował do tej grupy. W samochodach starsi ludzie o skupionych, nieruchomych twarzach. Mieli się na czym skupić, bo podjazd biegł serpentynami w lesie, przy nachyleniu 12-14%.

Przejechali, wydawało mi się, że minęło mało czasu, ale na podjeździe czas ma inny wymiar, kiedy kawalkada w tej samej kolejności zjechała koło mnie w dół.

Dzisiaj przyjąłem inną taktykę wjazdu. Czując odpływ sił zatrzymywałem się na odpoczynek 30 sekund – do minuty. parę oddechów i mogłem jechać dalej. Czasem jeden kilometr, czasem tylko 300 metrów. Odpowiedź dał potem mój wskaźnik nachylenia. Maksymalne z tego dnia wyniosło 17%. W czasie podjazdu przestałem na niego patrzeć.

Wydostaliśmy się na przełęcz Col Erroymendi (1362 m n.p.m.), oddzielającą nas od górnego piętra doliny. Dojazd na końcowych metrach stanął dęba, tak, że trzeba było wjechać na stojąco.

Na przełęczy wiatr, stado baranów i widoki na wielkie góry w śniegu, gdzieś daleko na południowy wschód od nas.

Wyjaśnia się prawdopodobna przyczyna odwrotu historycznych aut. Droga na odcinku od tej przełęczy do Port de Larrau jest naprawiana przez rozwalcowywanie żwiru na nawierzchni. Żwirek jest częściowo luźny, samochody będą go uklepywać przez całe lato. Jak bym miał E-type’a lub Ferrari za 100 tys. euro, też nie chciałbym, żeby obijać go żwirem. Żwirek niestety utrudnia podjazd, jest niestabilny, boję się pomyśleć o zjeździe.

Po długim i widowiskowym podjeździe wzdłuż zbocza wspinamy się zakosami na właściwą przełęcz. Po drodze fotografuję stado bydła pirenejskiego i koni, które pasą się zupełnie swobodnie w otwartym terenie. Bogata roślinność została poniżej pierwszej przełęczy. Jest tylko trawa i kamienie.

Na Port de Larrau (1573 m n.p.m.) niespodzianka. Droga na stronę hiszpańską jest zamknięta z powodu robót i będzie otwarta dopiero o 13. Mamy ponad godzinę czekania. Ciemnoskóry porządkowy z lizakiem pilnuje, żeby nikt nie przejechał przez barierki ustawione pod tablicą mówiącą, ze wjeżdżamy do prowincji Navarra.

Słońce świeci, ale robi się coraz chłodniej. Wieje zimny wiatr. Siedzimy już w skafandrach i kapturach. Leszek zaprzyjaźnia się z młodym Francuzem mówiącym dobrze po angielsku (ewenement!). Francuz w którymś momencie podchodzi do nas i proponuje miejsce w samochodzie. Temperatura podobno 9 stopni, ale mówi nam też że hiszpański porządkowy pozwoli nam zjechać, tylko jak napotkamy roboty to będziemy musieli przenieść rowery. To ratunek od tego zimna. Zaczynamy zjeżdżać. Najpierw kilkusetmetrowy tunel który przypomina lodówkę. Według mnie jest w nim nie więcej niż 5 stopni. Zjazd to czysta przyjemność, nie ma śladu żwiru. Hiszpanie pomiędzy odcinkami dobrego asfaltu wstawiają nowe partie jeszcze lepszej nawierzchni. W miarę jak się obniżamy te nowe odcinki są coraz cieplejsze. Obserwujemy dużo sępów, raz znaleźliśmy się blisko grupy około 10 ptaków. Z bliska widać jak są potężne, mają rozpiętość skrzydeł ponad 2,5 m. Wreszcie na samym dole dojeżdżamy do maszyn drogowych, które naprawiają ostatni odcinek. Kładą nowy odcinek asfaltu na cała szerokość drogi. Przeprowadzamy rowery bokiem i po 300 metrach przejeżdżamy drugą bramkę.

Rozbieramy się z kurtek i grzejemy chwilę na słońcu. Nasza droga skręca w lewo, żeby przez niewysoką przełęcz „Alto Laza” (wysokość 1129 m n.p.m.), 3,5 km , 250 m do góry od rozjazdu) dotrzeć do Izaby. Niestety, obniżyliśmy się 750 metrów i żeby przejechać do Francji musimy podnieść się o 1000 w górę. Ale czujemy się dobrze, a droga biegnie doliną rzeki Belagua i wznosi się dość łagodnie 4-6%. Szosa w naszych kryteriach klasy międzynarodowej, ruch bardzo niewielki, możemy jechać obok siebie. Olbrzymią dolinę zamyka w oddali mur zbocza na którym bardzo wysoko widać jasne zabudowania. Taki widok będzie się powtarzał i niestety oznacza, ze będziemy tam musieli wjechać. Na ostatnim płaskim odcinku przed właściwym podjazdem robimy długi odpoczynek. Jemy kanapki i carbosnacki z tubek. Popijamy dużą ilością płynów. Podjazd biegnie najpierw długimi zakosami przez las, aby wreszcie na odkrytym zboczu zaserwować nam wspaniałe widoki. Zatrzymuję się, robię zdjęcia. Mijamy stacje narciarską Belagua na wysokości ponad 1300 metrów, to właśnie te białe budynki. Kolejne miejsce widokowe. Do Francji jeszcze kilka kilometrów. Zaczyna się mgła, wjeżdżamy w chmurę. Wiatr potęguje uczucie zimna. Ubieramy się w kurtki i jedziemy dalej.

Mijamy gdzieś przełęcz Portillo de Eraica (1578). Otoczenie robi się groźne. Droga biegnie zboczem góry, między skałami, jak po gołoborzu. Czasem widać wyschnięte pnie drzew, żadnych samochodów, ani ludzi. Tablice informujące po francusku o robotach drogowych mówią nam ze gdzieś przejechaliśmy granicę. W jednym miejscu zamiast serpentyny mamy pełny zakręt o 360 stopni, który po mostku przecina linię drogi, którą przed chwilą jechaliśmy. Na ostatnim połogim odcinku przed przełęczą Col de Pierre St. Martin (1760 m n.p.m.) ruch wahadłowy sterowany światłami. Oczywiście nic nie jedzie. Naciągamy na głowy kaptury i po zmianie na zielone ruszamy. Po kilkuset metrach mijamy betoniarkę, która zalewa jakąś rurę wkopaną w jezdnię. Krajobraz dalej niesamowity a mgła gęstnieje. Na przełęczy już dosłownie nic nie widać. Widoczność nie przekracza 10 m, temperatura 9 stopni. Jest nam strasznie zimno, ale nie możemy zjeżdżać szybko, bo poza złą widocznością na drodze pojawia się nasz nieprzyjaciel – żwirek. Umawiamy się ze jedziemy bardzo blisko siebie. Gdyby ktoś z nas odjechał na 20 m i wypadł poza trasę, drugi by przejechał i na pewno go nie zauważył. Od pierwszego etapu mamy tylko jeden telefon, bo drugi musieliśmy oddać dziadkowi. Jego „sprzęt” na kartę przestał działać z niewiadomych powodów.

Bardzo strome serpentyny sprowadzają nas coraz niżej, a widoczność zaczyna się poprawiać gdzieś na 1200 m. Chmura z waty zamienia się w krople wody. Jedziemy w mżawce. Temperatura wzrosła zaledwie do 12 stopni. Zjazd kończy się w miejscowości La Mouline, ostatnim odcinkiem o nachyleniu 15%. Nie zazdrościmy podjeżdżającym na Col de la Pierre St. Martin od tej strony. Na szczęście ich nie widać. Jest późne popołudnie, po 17-tej.

Doliną rzeki dojeżdżamy po 7,5 km do Arette. Tu dodzwania się do nas dziadek, który przez 8 godzin nie miał z nami kontaktu i jest mocno zdenerwowany. Znalazł pokój w oberży w miejscowości Issor, zaledwie 6 km od Arette, gdzie stoimy. Gnamy na miejsce.

Po drodze niestety jeszcze 150 m do góry. Takie są Pireneje. Ze złością pokonujemy górkę na twardym przełożeniu.

Zjeżdżamy do Issor, widzimy dziadka przy wylocie bocznej drogi. Jeszcze zjazd uliczką co najmniej 20% w dół, na hamulcach, przez rzeczkę, krótki i stromy podjazd i wjeżdżamy na podwórze starego gospodarstwa, które teraz jest Oberżą pod Trzema Osłami. Właściciel wita nas gorącą herbatą. Po rozgrzewce instalujemy się w pokoju na piętrze pięknie przebudowanej kamiennej obory. Za chwilę pławimy się pod prysznicem.

Po odpoczynku schodzimy na kolację. Restauracja jest pod nami, w części parterowej obory. Właściciel zamienia się w szefa kuchni, a do stołu podaje jego sympatyczna żona i młoda dziewczyna, która może być ich córką. Właściciel mówi nieźle po angielsku, ale dziewczyny ani w ząb. Restauracja jest dość droga jak na taką dziurę, rezygnujemy z przystawek i z wina co jest przyjęte z pewną dezaprobatą. Mówimy coś o innych zwyczajach żywieniowych w Polsce, ale szef przypomina nam że jesteśmy we Francji między innymi po to, aby poznać ich zwyczaje. Traktuje nas jednak wyjątkowo, bo kiedy inni czekają jeszcze na swoje „entree”, dziadek z Leszkiem piłują nożami z piłką średnio wypieczony antrykot, a ja rozkoszuję się stertą arcysmacznych kawałków łososia, wystarczających na obiad dla 2-3 osób. Zauważam tu brak „polskiej” równowagi dania głównego: u nas  mięso, wypełniacz czyli ziemniaki lub frytki, i jakaś jarzynka do tego, pozostają w podobnych proporcjach. Tutaj danie główne to mięso, a reszta to dodatki i dekoracja. Przy moim łososiu to pięknie ukształtowana „babka” z czarnego ryżu i papryka cięta w długie paski, ugotowana i zatopiona w różowym sosie o lekko pikantnym smaku.

Po obiedzie (kolacji) kawa dla mnie i herbata dla pozostałych. W czasie naszej kolacji restauracja prawie się zapełniła. Zeszło towarzystwo trzech mężczyzn i młoda dziewczyna, być może córka któregoś z nich, para młodych ludzi patrzących sobie w oczy i para po pięćdziesiątce. Widać że wszyscy celebrują ten posiłek, podkreślając to nawet eleganckim ubiorem. Oczywiście nie wieczorowym, ale widać, że poprzebierali się z ciuchów turystycznych w coś lepszego. Chwilami źle się czułem w swoim polarze i górskich spodniach. Po kolacji Leszek przeniósł się do pokoju a ja z dziadkiem poszliśmy na mały spacer do miasteczka i z powrotem.

Statystyka III etapu
Wyróżniony

Pireneje 2007 II etap

Wprowadzenie do II etapu (napisane 6 sierpnia 2020)

Planowałem we wstępie do II etapu napisać więcej o kolarstwie. Dlaczego taki sposób jazdy na rowerze, dlaczego taki rower. Planowałem napisać o tym wczoraj. Ale wczoraj właśnie wydarzył się koszmarny wypadek na trasie Tour de Pologne, kiedy jeden z finiszujących kolarzy zepchnął konkurenta na barierki i dla pewności zwycięstwa poprawił jeszcze ten manewr łokciem. A wszystko działo się przy prędkości ok. 80 km/h na drodze opadającej w dół, ku linii mety. Niewiele brakowało, żeby poszkodowany zakończył karierę i życie na tych barierkach i asfalcie. Godzinna reanimacja, pięciogodzinna operacja w szpitalu, aktualnie śpiączka farmakologiczna. Ale uff! Będzie żył. A jeśli będzie żył i nie ma złamanego kregosłupa (a nie ma), tylko wszystko inne, to za jakiś czas wsiądzie na rower. Sprawca ma przechlapane – wyrzucenie z wyścigu, dyskwalifikacja i kary finansowe, sprawa cywilna a może i karna. Wreszcie, kiedy odważy się znów pojechać w peletonie, to koledzy poszkodowanego spuszczą go z drogi, najchętniej do głębokiego rowu albo z niegroźnego urwiska, żeby się dobrze poturbował i oczywiście nikt nie będzie widział kiedy, ani jak to się stało.  

Super wstęp do pochwały kolarstwa. Są różne formy aktywności na różnych rowerach. Rower kolarski daje wspaniałe poczucie prędkości wyzwalanej siłą własnych mięśni, nieraz wręcz frunięcia nad drogą. Myślę, że żaden inny typ roweru nie daje takiej frajdy, może jeszcze rower zjazdowy do prawdziwego downhillu, ale tego nie próbowałem. Ale dlaczego na kolarce w góry, a nie na góralu? Dla laika to byłoby bardziej naturalne. Rowerzysta ma do pokonania dwa rodzaje oporu: grawitację na podjazdach oraz opór powietrza przy większej szybkości czyli na zjazdach. W obu tych konkurencjach rower szosowy czyli kolarski jest bezkonkurencyjny. Przede wszystkim jest najlżejszy ze wszystkich rowerów, czyli najłatwiej się na nim podjeżdża. Waga gra olbrzymią rolę. Podjazdy w wysokich górach poza Polską ciągną się w nieskończoność. Trzeba jechać pod górę, bardzo ciężko, przez kilkanaście kilometrów. Przewyższenia przekraczają 1000 m na jeden podjazd. W Polsce nie ma takich gór ani takich tras. Po długim podjeździe następuje zjazd. Na dzisiejszym etapie będzie to 12 kilometrów zjazdu przy 800 metrów różnicy wysokości. Adrenalina i endorfiny walczą wtedy ze zdrowym rozsądkiem. Dla nas, w konkretnych warunkach granicę bezpieczeństwa stanowiła prędkość 45 km na godzinę, wymagająca hamowania, bo opór powietrza pozwoliłby na znacznie więcej. Czasem słyszy się dyskusję rowerzystów – ja jechałem z góry 80, a ja 90, a ja 110. To raczej przechwałki. Do takich prędkości potrzeba odpowiednio długich i stromych zjazdów po dobrej nawierzchni, o odwadze nie wspominając. Ja najszybciej jechałem zjeżdżając z Mont Ventoux we Francji, o czym napiszę osobną bujdałkę. Droga była w miarę prosta, jednostajnie nachylona, szeroka i gładka. Licznik zatrzymał maksimum na 84 km. Raczej nie myśli się podczas takiej jazdy o ubraniu grubości damskich rajstop (no może zimowych) i kasku, o którym nie wiadomo jak się zachowa dopóki nie przyłoży się głową w coś twardego. Czy to jest bezpieczne, ktoś zapyta. No nie jest. Jak wiele innych, mniej czy bardziej ekstremalnych doświadczeń. Bezpieczeństwo zależy od własnej oceny sytuacji, umiejętności i jakości sprzętu. Jeżeli jadę sam, to tak jest. Jeżeli jadę w grupie, to jest tyle dodatkowych zagrożeń, ilu kolarzy, czego najlepszym przykładem tragiczna kraksa w TdP. Moi najlepsi koledzy jeździli w grupach. Dwóch najlepszych przyjaciół z roweru już nie mam. To wynik zbiorowych kraks, czy zderzenia z samochodem. Najgorzej, kiedy grupa kolarska z wydarzenia towarzyskiego – fajnie jest się spotkać i pojechać razem na trening – przeradza się w wydarzenie sportowe – wyścig. A tak jest zawsze, po 15 minutach od staru, kiedy kolarzy jest więcej niż dwóch. Silni zaczynają dyktować tempo, słabsi chcą się utrzymać za wszelką cenę, z przodu idzie zacięta rywalizacja. To wszystko na drodze otwartej dla ruchu, zwykle bocznej więc niezbyt szerokiej, przy liczebności gupy od kilkunastu do kilkudziesięciu kolarzy. Grupa usiłuje utrzymać się na swojej połowie jezdni, ale nieraz ktoś zostaje z lewej strony i nie może się wcisnąć, ktoś nie ustąpi, nie wpuści, wjeżdżają w zakręt, z przeciwka samochód. Tak zginął kilka lat temu mój kolega, tak zginęła kilka tygodni temu pod Łodzią młoda kolarka.  Trzeba jeszcze pamiętać, że taka grupa, nawet kolorowo poubierana i na dobrych rowerach, to nadal tylko amatorzy a nie zawodowy peleton. Obycie z taką jazdą, panowanie nad rowerem, wyobraźnia, są niestety z dużo niższej ligi. Dlatego jeżdżę z reguły sam. Jest ciężej, jest wolniej, ale jest bezpieczniej. Poza tym pojedyńczy kolarz nie wywołuje agresji wśród kierowców a wyobraźcie sobie co czuje młody kierowca nie tylko BMW, kiedy napotyka grupę kolarzy blokujących mu szybki przejazd. Tak jest w Polsce. Z trasy przez Pireneje zapamiętałem, że na całych 800 km nie było ani jednej sytuacji, kiedy poczułbym się zagrożony przez auto. Niekiedy wręcz irytował mnie samochód, który jechał za mną kilometrami, żeby poczekać na bezpieczne miejsce do wyprzedzenia. Pora więc wrócić w Pireneje.

21.06

II etap: St. Jean Pied-de-Port – Larrau

Przed nami jeden z najcięższych etapów wycieczki. Usiłujemy wstać wcześnie (o 6:15), ale jest prawie ciemno i na pewno mokro. Ok. 7 okazuje się że zza gór wychodzi słońce. Przygotowania, jedzenie, kanapki i pakowanie zajmują nam czas do 9:30. Wyjeżdżamy. Po 7 kilometrach w St. Jean de Vieux wjeżdżamy na drogę na przełęcz Iraty. Po drodze wg mapy mamy dwie mniejsze przełęcze. Po kilku kilometrach łagodnego podjazdu na którym doganiamy i wyprzedzamy grupę francuskich kolarzy zaczyna się właściwy podjazd. Na szczęście dla naszego honoru przy redukcji na przedniej tarczy Leszkowi spada łańcuch. Musimy stanąć a Francuzi przejeżdżają obok i tyle ich widzimy. Zatrzymaliśmy się przy pierwszym słupku kilometrażowym podjazdu. Z napisów wynika, że na przełęcz mamy 17,5 km, 1000m do góry a na najbliższym kilometrze średnie nachylenie wynosi 11.5%. Zaczynamy podjazd, który przerodzi się w drogę przez mękę. Dla mnie, bo Leszek jest zdecydowanie silniejszy. Mój komputerek pokazuje nachylenie 14%. Ząbki w trybach się kończą, wysokości przybywa z każdym metrem, ale podjazd się nie kończy. Po 7 km osiągamy Col d’Haltza (782 m n.p.m.) po podjechaniu 450 m. Potem niestety obniżenie o 100 m i znowu do góry. Jest może mniej stromo, ale siły zostały na pierwszym odcinku.

Ciężko, i te wąsy grzeją… Od dawna już ich nie mam

Po następnych 6 km wyjeżdżamy na przełęcz Col de Burdinkurutcheta (1135 m n.p.m.), na którą mówimy Buru-buru. Tu kończy się widok na dolinę którą podjeżdżaliśmy. Wsiadam do Toyoty, która przyjeżdża w międzyczasie i zjeżdżam kilkaset metrów z powrotem, żeby zrobić jeszcze kilka zdjęć z podjazdu naszą drogą. Próbuję zrobić zdjęcia wielkich ptaków, prawdopodobnie sępów płowych, które szybują nad zboczem. Droga na przełęcz z samochodu wygląda dużo bardziej stromo niż z roweru.

Znów zjeżdżamy ponad 100 m w dół żeby w miejscowości Chalet skręcić w lewo na końcowy podjazd na Iraty. Ten podjazd wypruwa ze mnie resztę sił, ale jakoś wjeżdżam. Zatrzymujemy się na kanapki w miejscu stacji narciarskiej Iraty (1327 m n.p.m.), która jest kompletnie opustoszała latem, zaś właściwa przełęcz jest kilkaset metrów dalej. Znów domki, bar, parę samochodów. Przed zjazdem ostrzeżenie dla samochodów, spadek 10% i zalecane hamowanie silnikiem. Zjazd absolutnie piękny po stromych serpentynach na zboczu góry. 12 kilometrów pełnej koncentracji na torze jazdy i prędkości. Po odpuszczeniu hamulców rower nabiera prędkości w moment. Staramy się nie przekraczać 45km/h z powodu nierównej nawierzchni i serpentyn. Niestety, obniżyliśmy się o ponad 800 metrów. Zjazd skończył się na 480 metrach n.p.m. w dzikiej, ślepej dolince, z której znowu musieliśmy się wydrapać do miejscowości Larrau na ponad 600 m n.p.m. Plan mówił o przejeździe na stronę hiszpańską przez przełęcz Port de Larrau (1575 m n.p.m.) zjazd do miejscowości Izaba i powrót do Francji przez Portillo de Eraica (1578 m n.p.m.) i po stronie francuskiej Col de Pierre St. Martin (1760 m n.p.m.). Zamierzenie nie na moje siły tego dnia. Przerywamy podróż w Larrau i instalujemy się w bardzo starym hoteliku. W pokoju mamy nawet szafę z datą „1823”. Miasteczko jest stare, średniowieczny kościółek z kamienia, na terenie kościelnym cmentarzyk, wszystkie inskrypcje po baskijsku. Na jedynym płaskim kawałku terenu, przed merostwem, plac do gry w pelotę z charakterystyczną ścianą, też ponad 100 letnią.

2,5 km poniżej miasteczka (dosłownie, bo obniżenie wyniosło 250 m czyli 10%) jest oberża do której zjeżdżamy na kolację. Jesteśmy przed siódmą, ale zwyczaje miejscowe są niezłomne – restauracja zaczyna pracę kolacyjną o 19:30. Jemy solidną kolację z butelką wina, deserami, kawą i herbatą za 52 euro na trzech. Przy knajpie pojawiają się jacyś cykliści. Kiedy wychodzimy oglądamy rowery. Mają zawieszki – rajd rowerowy z Hendaye(Atlantyk) do Cerbere (Morze Śródziemne), 780 km, 27 przełęczy. Coś jak my.

A kiedy instalowaliśmy się w hoteliku przejechali koło nas Francuzi z poprzedniego dnia – para na góralach z bagażem. Pozdrowiliśmy się serdecznie.

Mapa II etapu – przebieg trasy zaznaczony na czerwono
Statystyka etapów – zaznaczony drugi, który miał stanowić całość z trzecim. Niewykonalne.

Wyróżniony

Pireneje 2007 I etap

Wprowadzenie do I etapu

Naszą trasę przez Pireneje można było pokonać z zachodu na wschód lub odwrotnie. Wybraliśmy start w Biarritz ze względu na spektakularny charakter tego miejsca i oryginalny kierunek podróży Kurta Tucholskiego. Problem stanowiły bardzo trudne pierwsze etapy. Gdybyśmy zaczęli od Morza Śródziemnego, byłoby łatwiej. Kolejne dni dziennika najlepiej to zilustrują. Kiedy patrzę na zdjęcie przed wyjazdem na I etap, trochę mnie złości, że wyglądam jak wschodni Sarmata, który przyjechał podbijać lokalne góry i ubrał się w śmieszny strój, który uwydatnia wschodni dobrobyt. Śmieszy mnie też porównanie hiszpańskiej drogi z drogą Warszawa-Gdańsk po remoncie. Nasze drogi w 2007 były jeszcze kiepskie, a autostrady w powijakach. Skoro porównałem drogę do naszej po remoncie, to znaczy, że pamiętałem jeszcze dużo dróg przed remontem. Dzisiaj już nie pamiętam. W każdym razie drogi po stronie hiszpańskiej były lepsze od francuskich. Dla paryskich decydentów wnętrze Kraju Basków było głęboką prowincją, pewnie nie wartą uwagi, stąd zaniedbania.

Silna grupa przed startem

Dziennik 20.06

I Etap: Bidart (Biarritz) – St. Jean-Pied-de-Port

Usiłujemy wcześnie wyjechać z Sunelli. Rano zimno i mokro, pakowanie zajmuje czas do 10-tej, kiedy ruszamy. O tej godzinie słońce jest już wysoko i robi się gorąco. Najpierw część przetrenowana – do St. Pee sur Nive. Po następnych 11 km łagodnego podjazdu mijamy granicę hiszpańską. Graniczne miasteczko pełne jest ruchu samochodów i pieszych, tłumaczy to po części cena benzyny – 1,08 zamiast 1,34 we Francji. Za miasteczkiem ruch kończy się i okolica się wyludnia. W przeciwieństwie do Francji, gdzie szosa jest wąska, kręta i trochę nierówna, w Hiszpanii droga jak Łódź-Gdańsk po remoncie i jedzie jeden samochód na 5 minut. Droga spiętrza się w serpentyny o nachyleniu 7-9%. Idzie nam nieźle. Przejeżdżamy koło pary Francuzów, ok 40-tki, na góralach z pełnym bagażem. Za kilka minut oni przejeżdżają koło nas, kiedy robimy krótki odpoczynek. Wyjeżdżamy na Puerto de Otxondo (670 npm).

Ubieramy kurtki i w dół – 9 km po gładkiej, szerokiej szosie. Na dole wioseczka – kilka domków. Nasza droga skręca w lewo z głównej, w kierunku przełęczy Col d’Ispeguy. Przed podjazdem w przydrożnej knajpce próbujemy zjeść coś ciepłego, zbliża się 13-ta. Nikt nie mówi w innym języku niż hiszpański. Udaje się dogadać co do tortilli (znane słowo). Zamawiam i dostajemy po pół bagietki wypełnionej omletem i szynką, za całe 3 euro na dwóch. W międzyczasie przejeżdżają Francuzi.

Wspinaczka na Col D’Ispeguy (672 npm) idzie nam nieźle. Droga, już wąska, wspina się malowniczymi serpentynami na niezbyt strome zbocze. Wreszcie jesteśmy na górze. To znów granica hiszpańsko-francuska. Zabudowania graniczne, bar-restauracja, spory parking. Widok na drugą stronę zapiera dech, olbrzymia dolina, gdzieś w niej nasz punkt etapowy – St. Jean Pied de Port. Najpierw jednak strome zbocza a po jednym z nich biegnie niteczka drogi. Zjazd praktycznie nad tak stromym zboczem, że można to nazwać przepaścią. „Wylot” z drogi zakończyłby się kilkaset metrów niżej. Zjeżdżamy do St. Etienne de Baigorry, dalej krótki podjazd na przełączkę na drodze do St. Jean. Nie dojeżdżając znajdujemy camping z domkami i wycofujemy dziadka, który już zwiedza miasteczko. Po odpoczynku wyjeżdżam z dziadkiem do miasteczka i po drobne zakupy. Leszek zostaje.

St. Jean to średniowieczne miasteczko na szlaku do Santiago de Compostela. W starych domach (niektóre mają po 500 lat) za murami obronnymi, wpisanymi na listę Unesco, co rusz to schronisko dla pątników. Stare winniczki, na górze cytadela, przez środek potok. Patrząc na ludzi, który się przewijają wokół wygląda, że jedni pielgrzymują autokarami, inni w pojedynkę, piechotą, z ciężkim plecakiem i pątniczym kijem.

Z chwilą powrotu na camping rozpętuje się ulewa, potem burza, która trwa aż do naszego pójścia spać. Zmiana pogody kosztuje mnie 5 euro, bo trzeba wysuszyć rzeczy, które zdążyłem wyprać po przyjeździe.

Fotografia naszej mapy etapu, w tej wielkości niezbyt wyraźna. Z Bidart jedziemy prosto na południe do Hiszpanii, tam zwrot na wschód i przejazd do Francji przez miasto St. Etienne de Baigorry do St. Jean-Pied-de-Port
Przekrój pierwszej połowy trasy: Biarritz – St. Marie de Campan
Statystyka przejazdu – zaznaczony bieżący etap

Mój blog

Nazywam się Tomek Lamentowski. Mam 68 lat. Zawsze coś mnie napędzało. A to jeździć na motocyklu, a to się wspinać, a to jeździć na rowerze po górach. Nie byłem stały w tych pasjach, współistniały, przeplatały się, więc nie osiągnąłem mistrzostwa w żadnej, z niektórych zrezygnowałem. Ale wszystkie razem dawały mi i dają nadal bardzo dużo fajnych przeżyć i radości. Z niektórych przygód zachowały się zapiski, które chcę Wam udostępnić, kolejne zapiski powstaną z kolejnych projektów, jeśli uda się je zrealizować. A wierzcie, mam tego w głowie mnóstwo. Podchodzę do tego bez napinki. Jeżeli nie wypali jakiś plan w przyszłym roku, to wypali za dwa lata. Jeżeli nie uda się wyjechać we wtorek, to wyjadę w środę, jeżeli nie uda się wrócić na czas, to wrócę później. Generalnie luz.

Mojego bloga i domenę postanowiłem nazwać „go-tl.pl”. „Go” jest moim wewnętrznym dopingiem: „możesz jeszcze trochę dalej, trochę wyżej, trochę szybciej” i odnosi się do wszystkich form aktywności, niezależnie czy jadę na rowerze, czy idę w góry, czy startuję w mizernym samochodziku w zawodach dla staruszków. I, mam nadzieję, będzie znaczyć to samo za 20 lat. Odniesieniem jest zawsze mój poziom z wczoraj. Rywalizacja z innymi właściwie nie ma miejsca, choć czasem fajnie jest zmierzyć się pod górkę z młodszym rowerzystą, czy wygrać jakiś pucharek w zawodach samochodowych.

TL to moje inicjały. Kiedyś bardzo lubiłem podpisywać pocztę takim skrótem. Zaczęli go używać moi koledzy: zadzwoń do „teela”, przyszedł „teel”, i tak zostało.

Pireneje 2007

Zaczynam bloga od największej mojej przygody rowerowej, przejazdu przez Pireneje od Atlantyku do Morza Śródziemnego, który miał miejsce w 2007 roku. Prowadziłem wtedy dziennik podróży i zachowała się obszerna dokumentacja. Parę osób to przeczytało i podobało im się. Mam nadzieję, że spodoba się następnym czytelnikom. Ponieważ opisuję i będę opisywał różne aktywności, postaram się tak to robić, żeby dołączyć sporo informacji praktycznych, które pomogą w powtórzeniu takiej przygody. Sam tego oczekuję od innych ale naoglądałem się na Youtube filmików z różnych przejść czy przejazdów, gdzie właściwie nie wiadomo gdzie jest autor, przez co przechodzi lub przejeżdża.

Każdy etap przygody pirenejskiej opatrzę aktualnym wstępem, bo trochę czasu minęło, dołączę zachowane zdjęcia i kilka pomocnych linków.

Ekspedycja przed startem 17.06.2007

Przez lata czytałem niemiecki magazyn dla kolarzy szosowych TOUR. Na końcu każdego numeru była część turystyczna w postaci trzech lub czterech artykułów-reportaży. Jeden o wycieczce lokalnej gdzieś w Niemczech, drugi o dalszej podróży, trzeci – egzotyka: Namibia, Nowa Zelandia, Ameryka. W 2006 przeczytałem o Pirenejach i zaskoczyłem. Mój syn Leszek jeździł na rowerze począwszy od skakania na bmx-ie przez palety na podwórku, przez wspólne wypady na rowerach górskich, obozy rowerowe, do wyjazdów z rowerami i grupą przyjaciół w Beskidy. Ustaliliśmy termin tak, żeby skończyć jazdę z początkiem lipca, bo w czerwcu ceny noclegów były o połowę niższe. W ramach przygotowań mnie udało się przejechać ok. 1500 km, Leszek zrobił raptem 500 km, ale jego 55 kg, 180 cm i 18 lat i tak dało przewagę na podjazdach, które każdy z nas pokonywał swoim tempem. Na środek transportu wybraliśmy Toyotę Corollę Basi, mojej żony, ze względu na trzeciego uczestnika wyjazdu, mojego tatę, który miał być użytkownikiem tego samochodu i, jako support, wieźć nasze bagaże do punktów etapowych. Tata nie lubił dużych samochodów, zawsze jeździł czymś małym i poręcznym. Mimo swoich 80 lat był w doskonałej formie fizycznej. Niestety, dopiero w trakcie tego wyjazdu dowiedziałem się, że właściwie nie widzi na jedno oko, co nie ułatwiało poruszania się w obcym kraju bez żadnej nawigacji. Warto czasem zainteresować się zdrowiem rodziców, mimo zapewnień, że wszystko jest w porządku.

Punkt startu w Biarritz był dla mnie ważny, bo kilka lat wcześniej byłem tam parokrotnie zawodowo i w dziesięć lat po transformacji to miejsce było dla mnie synonimem zachodniego, niedoścignionego luksusu i tradycji. Udało mi się wtedy nawet spędzić dwie noce w Hotel du Palais, i o ile w stosunku do Biarritz z dziesiejszej perspektywy pewnie nie pisał bym peanów, bo wiele miejsc w Polsce zyskało porównywalny blask, to standard Hotelu du Palais, jego mury i wnętrza, niewidzialna obsługa, sposób podawania dań w restauracji jest nieporównywalne z niczym, czego doswiadczyłem później w innych miejscach. Biarritz jest najważniejszym miastem francuskiej części Kraju Basków, części znacznie mniejszej i biedniejszej niż hiszpańska, ale język i zwyczaje są obecne na każdym kroku. Kraj Basków zasługuje na osobną podróż.

W czasie podróży nawigowaliśmy na specjalnie przygotowanych mapach. Za podstawę posłużyły mapy Michelina w skali 1:200000 z serii żółtej turystycznej, nr-y 234 i 235. Potrzebne fragmenty map zostały skserowane na kolorowej kopiarce w skali 2:1. Na takie mapy naniosłem trasę i punkty etapowe. Jedną kopię wieźliśmy z Leszkiem na rowerach, drugą miał ze sobą mój tata. Łączność zapewniały telefony komórkowe, ale szybko się okazało, że tata nie miał roamingu i musieliśmy mu oddać jeden z naszych telefonów. Zdarzały się sytuacje, że jeden telefon mógł nam nie wystarczyć w trudnych chwilach, ale o tym w dzienniku.

Biarritz Hotel du Palais – symbol miasta i luksusu

Dziennik 19.06

Prolog

Wynosimy się z hoteliku  w Bidart, małej miejscowości 5 km od Biarritz nad Zatoką Biskajską. Dojechaliśmy tu wczoraj wieczorem po dwóch dniach podróży samochodem z Polski. 20 km na południe od nas zaczynają się Pireneje. Jesteśmy tu żeby przejechać te olbrzymie góry trasą opisaną przez niemieckiego dziennikarza Kurta Tucholskiego w latach 20-ch XX wieku. To podróż przez 28 – 30 przełęczy (zależnie od dokładnego przebiegu trasy) na dystansie ok. 800 km, z sumą podjazdów 18 000 m. Przebieg trasy przypomniał niemiecki magazyn kolarski „Tour” w numerze 5 z 2006 roku. Od czasu podróży Kurta Tucholskiego drogi przez pirenejskie przełęcze stały się kolarskimi „klasykami”. Tour de France przebiega co roku po niektórych odcinkach. Miejscowość Bagneres-de-Luchon w połowie trasy już 50 razy była miastem etapowym Tour-u.

Skład naszej wyprawy jest trzyosobowy: ojciec (55) czyli ja, czasem zwany „Siwym”, mój syn Leszek (18) i mój ojciec (80) czyli dziadek. Leszek i ja będziemy jechać na rowerach kolarskich wyposażonych w górskie przełożenia (dla wtajemniczonych 50/34 z przodu i do 28 ząbków z tyłu u mnie i 26 u Leszka).

Dziadek jako kierowca wspierający będzie jechał naszą trasą lub obok z rzeczami i organizował noclegi. Jako poliglota znający kilka języków na pewno da sobie radę

 Jedziemy na camping, który był poprzedniego dnia niedostępny z powodu zamkniętej recepcji. Residence des Pins ma bungalowy, ale nie wynajmują ich na jedną noc. Najmniej na dwie, ale co z tego, jeśli recepcja idzie do domu o 20-tej. Ubolewamy, ale kierują nas na inny camping (kolejne 4 gwiazdki campingowe). Sunelia Berrua wynajmuje domek (4-6 osób). Domek ma nazwę mobilhome i w istocie okazuje się domkiem campingowym na kołach. Czyli ma status przyczepy, której nie da się ciągnąć po drodze, ale można przemieścić po campingu. Pachnie to jakimś obejściem przepisów budowlanych. Dwie sypialnie, toaleta, prysznic i kuchnia wyposażona w lodówkę, zlewozmywak, kuchenkę gazową i mikrofalową. Do tego komplet garnków, talerzy, sztućców, ekspres do kawy i dużo innych drobiazgów.

Składamy rowery i wypakowujemy samochód, jemy małe „co nieco” i wyjeżdżamy samochodem na wycieczkę po okolicy. Dziadek wsiada pod „Lidlem” za stery Toyoty, żeby przyzwyczaić się do roli kierowcy wspierającego. Przeżywamy chwile grozy, ale pozostaje nam nadzieja, że będzie lepiej. Jedziemy najpierw do St. Jean de Luz. Zatrzymujemy się na bulwarze i schodzimy na plażę pomoczyć nogi w oceanie. Woda jest ciepła, nie ma fali, sporo osób się kąpie. Wygląda na to, że to pora wczesnego przypływu. Maszerujemy plażą ok. kilometr, aby wejść w stare miasto i podziwiać port, rynek, platany, kolorowe parasole i stoliki licznych restauracyjek i kawiarni. Dużo sklepów z pamiątkami dla turystów. Motywy baskijskie eksploatowane są do bólu. Flagi, berety, elementy strojów, do tego specjały kuchni.

St. Jean de Luz to prawdziwy port baskijski. Baskijscy żeglarze wypływali stąd na ryby, na wielkie wyprawy odkrywcze (też przyznają się do Ameryki), a nawet polowali na wieloryby. Społeczeństwo opierało się na matriarchacie. Widać to doskonale w kościele St. Jean Baptiste, gdzie ławki przeznaczone były dla kobiet, głów rodzin, a trzy poziomy galerii obiegających świątynię przeznaczone były dla mężczyzn. W sytuacji, gdy życie mężczyzn było narażone na niebezpieczeństwo, taki układ społeczny był uzasadniony. Ciekawostka architektoniczna St. Jean de Luz to wał kamienny odgradzający domy stojące wzdłuż plaży od oceanu, na kształt murów obronnych.

Z St. Jean de Luz jedziemy drogą nadmorską do Biarritz. Biarritz to uzdrowisko powstałe w XIX i XX wieku na przedmieściach miasta Bayonne. Dzisiaj te aglomeracje to właściwie „Trójmiasto”: Biarritz-Bayonne-Anglet. Zwiedzamy je z samochodu. Ruch bardzo duży, w końcu to późne popołudnie powszedniego dnia. Zatrzymujemy się tylko, żeby z bliska obejrzeć wyjątkowej klasy Hotel du Palais, który zaczął swój żywot jako pałac wybudowany przez Napoleona III dla ukochanej żony Eugenii. Dzisiaj ten hotel należy do grupy najbardziej ekskluzywnych na świecie, klasy paryskiego Ritza.

Wyglądamy na Grand Plage, która jest na wszystkich widokówkach z Biarritz, z budynkiem kasyna na jednym końcu i Hotelem du Palais na drugim. Powyżej rozciąga się pas budynków XX wiecznych, które łamią charakter tego miejsca. Jest ładnie, elegancko, ale nie ma takiego wyrazu jak St. Jean de Luz.

Trochę klucząc trafiamy w końcu na nasz camping, skąd o 18:50 wyjeżdżamy na pierwszy trening przed jutrzejszym etapem. Przejeżdżamy początkowe kilkanaście kilometrów trasy, która biegnie ciągle albo stromo w górę, albo na dół. Po powrocie okazuje się, że pokonaliśmy 340 metrów przewyższenia, przejeżdżając zaledwie 22 kilometry w ciągu godziny. Jemy obfita kolację – dwie pizze, sajgonki i wiele innych rzeczy.

https://www.saint-jean-de-luz.com/en/